Opowiadanie
luty 16, 2007 autor izanna
…o lekkim zabarwieniu pesymistycznym…
Był środek stycznia. Na dworze ciągle panowała szarość, dając złudzenie późnej jesieni. Nie zapowiadało się nawet na najmniejsze opady śniegu. Cała ta sytuacja wprowadzała wśród mieszkańców Małego Miasta przygnębienie i monotonność każdego dnia, który zdawał się być identyczny z minionym i bardzo krótki. Wszyscy czekali na pierwszy tego roku śnieg. Ja również. Bezskutecznie.
Wybacz mi, drogi Czytelniku, nieco przydługawy meteorologiczny wstęp. Jednak napisałam go nie bez przyczyny. Otóż jak to głosi pewne powiedzenie ludowe, pogoda jest odzwierciedleniem stanu duszy człowieka. Zastanawiam się, kiedy nasi pradziadowie mieli czas na dumanie nad takimi sprawami. Myśleć o sensie życia i istnienia między dojeniem krów a pracą na roli? Być może w ten sposób przenosili swój ból spowodowany wysiłkiem fizycznym na wysiłek umysłowy…ja robię dokładnie na odwrót. Od razu jednak muszę sprostować, że nie zajmuję się ani hodowlą zwierząt, ani wspomnianą wcześniej uprawą roli, ani też nie wymyślam złotych myśli. Po prostu „zamieniam” swój ból wewnętrzny, smutek, bezradność i zdiagnozowaną depresję na ból fizyczny. Nie jest to jednak jazda na rowerze. Wystarczy spokojne miejsce, odrobina samotności i mały kawałek nierdzewnego metalu, dostępnego w kiosku za złoty pięćdziesiąt…
Mam na imię Ania. Cóż, rodzice nie popisali się oryginalnością. Wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu. W poniedziałek. Jak co dzień wstałam po siódmej razem z budzikiem mojej komórki, który zwykł budzić mnie na melodię Marsza tureckiego Mozarta. Utwór ten oczywiście wybrałam sama. Padło na klasykę, bo ponoć jestem fanatyczką muzyki klasycznej. Osobiście uważam, że muzyka poważna jest doskonała, a na fanatyzm ewentualnie zakrawa moje oczarowanie muzyką wspomnianego już Amadeusza. Po brutalnym wyłączeniu marsza w połowie tematu, przeciągnęłam się leniwie i w mojej głowie zaświtała myśl: iść czy nie iść, oto jest pytanie, że sparafrazuję tu słowa znanego, nieżyjącego niestety od kilku epok dramaturga. Chodziło oczywiście o szkołę. Chciałabym jednak wyjaśnić, że nie jestem chronicznym wagarowiczem. Dobrowolne opuszczanie zajęć lekcyjnych, czy jak kto woli uciekanie, jest dla mnie czynem niezrozumiałym i godnym dezaprobaty. Dlaczego więc chciałam zostać w łóżku? Nie miałam wcale na myśli spędzenia w nim całego dnia. Pragnęłam w nim być z dala od ludzi. Ukryć się. Społeczeństwo kojarzy mi się ze sztucznością. Sztuczne uśmiechy, udawane gesty, pozerstwo, życie pod maską szczęśliwego człowieka. Sprawiają wrażenie plastikowych lalek barbi bądź kenów, w zależności od płci, które są zawsze pięknie ubrane i uśmiechnięte. W rzeczywistości każdy z nich walczy ze swoimi kompleksami, świadomością bycia nijakim i szarym. Nawet najnowsze kosmetyki i najlepsze ubrania nie są w stanie podreperować poczucia własnej wartości i bycia kimś wyjątkowym. Kolorowe czasopisma krzyczą: chcesz być piękny? Chcesz być szczęśliwy? I mnóstwo rad, jak się uśmiechać, żeby wyglądać na zadowolonego i tym podobne. Obywatele Różnych Miast czytając owe gazety utwierdzają się w przekonaniu, że są smutni i bezwartościowi, czym napychają kieszenie psychoterapeutów i psychiatrów, lecząc się na zaniżone poczucie własnego ego, tudzież szukają po prostu kogokolwiek, kto by ich wysłuchał, chociażby za pieniądze i to spore, bo sto złotych za godzinę.
Ja, mimo tego, że wystrzegam się brukowcowej życiodajnej paplaniny, sama wpadłam w sidła smutku i psychicznego zniewolenia. Po dwóch latach walki z pomocą psychoterapeuty i różnych tabletek straciłam nadzieję. Zaczęłam myśleć o samobójstwie.
Poniedziałek
Pierwsze wątpliwości pojawiły się od razu. Zastanawiam się, jak to się właściwie robi. Co innego myśleć o tym, a co innego zrobić to własnymi rękami. Bez niczyjej pomocy. Jestem jednak zdecydowana. Mm dość życia. Właściwie od dwóch lat to po prostu istnienie. Bo co innego żyć, a co innego istnieć. Istnieje się dzięki temu, że zaspakaja się wszystkie swoje fizjologiczne potrzeby, nie korzystając zupełnie z mentalnej strony bytu, nie dorabiając do jedzenia, picia i robienia kupy żadnej filozofii, że to wszystko jest piękne i ma sens. Kiedy już podjęcie decyzji miałam za sobą, pozostało mi wybrać sposób, w jaki opuszczę ziemski padół. Biorąc pod uwagę moich bliskich, którzy bądź co bądź, będą zmuszeni oglądać mnie po śmierci, wykluczyłam natychmiast rzucenie się pod jakikolwiek pojazd mechaniczny i skok z wysokości. Odrzuciłam też strzelenie sobie w głowę, a właściwie jak to pamiętam z Goethego, nad prawe oko, ale to z prozaicznej przyczyny-nie miałam żadnej broni oprócz gazu łzawiącego w torebce. Zostały dwie opcje. Przedawkowanie leków lub podcięcie żył. Można by było połączyć obydwie metody, uzyskując ciekawe i skuteczne połączenie.
Po kilku godzinach szperania w Internecie za pomocą serwisu dla potencjalnych samobójców nawiązałam kontakt z kilkoma osobami, od których uzyskałam wiele cennych informacji farmakologicznych godnych wiedzy niejednego farmaceuty. Skrzętnie wynotowałam na kartce, co zmieszać z czym i jakim płynem popić, żeby zasnąć na zawsze. Trochę się rozczarowałam, że najlepiej popić tabletki alkoholem, gdyż nigdy nie wypiłam haustem szklanki wódki, co w tej sytuacji należałoby zrobić. Tuż przed śmiercią chciałabym zaznać choć małej przyjemności napić się zamiennie szklanki mrożonej herbaty lub soku z limonki. Stwierdziłam, że najpierw napiję się soku, a dopiero później urżnę się prawie trzystoma mililitrami czystej polskiej ognistej wody. Połączenie tak zwanej przyjemności z pożytecznym, dodałabym jeszcze koniecznym. Zaczęły się przygotowania do wykonania sądu nad własną osobą. Właściwie nad ciałem, bo ponoć dusza żyje wiecznie…
Wtorek
Zastanawiam się, ile czasu potrzebuję, żeby profesjonalnie się przygotować. Nie lubię niechlujstwa. Poza tym to sprawa życia lub śmierci, w dosłownym i być może odrobinę przerażającym znaczeniu. Jeśli już zdecydowałam się opuścić ziemski padół, moje źródło kompleksów, smutków, łzawych i nikomu niepotrzebnych oper mydlanych, to w grę nie wchodzi żadna porażka, którą byłoby odratowanie mnie przez służby medyczne.
Środa
Zwyczajny dzień nauki szkolnej. Jak zwykle budzi mnie Marsz turecki. Postanowiłam, że pójdę do szkoły, bo i tak to jeden z ostatnich dni, który zamierzam w niej spędzić.
Na zajęciach było przewidywalnie. Dzwonek, wejście do klasy, wyrecytowanie: „dzień dobry, pani profesor” (bądź „panie profesorze” w zależności od potrzeby), sprawdzanie obecności, która jest istotna w moim renomowanym liceum, czterdzieści minut belfrowego monologu, dzwonek i tak przez kolejnych siedem godzin. Biorąc pod uwagę całkowity cykl nauczania przeciętnego Obywatela doszłam do wniosku, że w szkolnych murach traci trzy czwarte swojego dzieciństwa. Skoro w dzisiejszych czasach, bardzo design, młodzież, do której miałam wątpliwy zaszczyt się zaliczać, spędzała wiele godzin przed ekranem komputera, to dlaczego nie mogliby uczyć się w domu i tym samym nie marnować czasu na codzienne chodzenie do szaroburych, nijakich i patologicznych w wielu przypadkach szkół? Minister pewnie powie: bo szkoda oczu, a poza tym gdzieś trzeba nauczać patriotyzmu i nosić równie szare jak placówki, mundurki.
Wróciłam do domu późnym popołudniem, gdyż po drodze odwiedziłam zaprzyjaźnioną aptekę o wdzięcznej nazwie „Na zdrowie”, w której moja wizyta trwała nieco ponad godzinę, gdyż nie mogłam zdecydować się co do środków nasennych. Oczywiście jako osoba pochodząca z bardzo znanej i szanowanej rodziny z Małego Miasta, miałam między innymi w aptece pewne niepisane przywileje, do których zaliczało się wydawanie leków na receptę bez jej uprzedniego okazania. Stanowiło to dla mnie spore uproszczenie, bo nie musiałam biegać po gabinetach psychiatrycznych symulując poważne problemy ze snem, a także halucynacje o zabarwieniu nerwicowym. Szczerze przyznam, że odetchnęłam, bo tym samym zaoszczędzałam cenny czas, co przybliżało mnie do pożegnania się z okrutnym losem. Gdy wróciłam do domu, nikogo w nim nie zastałam. Rodzice są prawnikami, mają pełne ręce roboty i tylko w niedziele między szesnastą a osiemnastą znajdują czas na tak zwane miłe, rodzinne pogawędki.
Napawając się samotnością, wyciągnęłam z foliowej reklamówki, rzecz jasna z małym logo miejskiej apteki, wszystko, co udało mi się zakupić. A mianowicie: trzy opakowania tabletek nasennych po sześćdziesiąt sztuk w każdym, krople na nadciśnienie i opakowanie cudownego środka na przeczyszczenie, w razie gdyby po zażyciu wszystkich wyżej wymienionych specyfików moja decyzja uległa diametralnej zmianie, na przykład za sprawą Pana Jezuska, w którego wierzyłam jako mała dziewczynka. Aby jednak nie wzbudzać podejrzeń w aptece, żyletki w ilości sztuk dwie zakupiłam w kiosku na rogu. Dlaczego dwie? Otóż zapłaciłam za jedną, mówiąc panu Tadzikowi, kioskarzowi, lat sześćdziesiąt, brak lewego ucha, że potrzebuję ją do maszynki do golenia. W ramach gratis dostałam drugą, zapasową, bo jak stwierdził sprzedawca: „czasem się trefna trafi i panienka będzie musiała kupić drugą”. No tak. A tym sposobem dostałam jedną za darmo.
Za oknem zapadał zmrok. Byłam już prawie przygotowana. Usunęłam wszystkie należące do mnie pliki w komputerze i spaliłam na balkonie pamiętniki w liczbie trzy, co prawie nie skończyło się pożarem, ale sytuację opanował deszcz, który niespodziewanie zaczął siąpić. W moim pokoju starannie wytarłam kurze i założyłam na pościel czyste, świeże poszewki. Miałam dylemat, przy jakiej muzyce spędzić ostatnie chwile. Nie chciałam umierać w ciszy, ewentualnie słysząc tylko swoje jęki i płacz. Wybór padł na Requiem Mozarta, którego rzeczywiście jestem fanatyczką. Zostało tylko włożyć krążek do odtwarzacza i napisać list pożegnalny do bliskich, gdyż nie zamierzałam zostawić ich w zupełnej konsternacji i pozwolić, by zadręczali się pytaniami typu: „dlaczego? Co się stało, że postanowiła odebrać sobie życie?”.
List
Jak powinno się zacząć pisanie ostatniego listu? Dlaczego w mądrym poradniku “Jak pisać?” nie ma słowa o listach pożegnalnych? Jakiegoś gotowego szablonu, wypisanych powodów decyzji śmierci na własne życzenie, eleganckich i odpowiednich przeprosin i zadośćuczynienia, o ile takowe w ogóle istnieje?
Postanowiłam, że zdam się na moje serce. Pisałam wszystko, co było w mojej duszy.
Kochani Rodzice.
Nie wiem, czy w tej sytuacji powinnam wyjaśniać cokolwiek. Jednak czuję, że Wam się to należy. Słowa wyjaśnienia. Przeprosiny. To Wy powołaliście mnie na ten fałszywy świat pełen nienawiści, ludzi równych i równiejszych, pięknych zachodów słońca i jeszcze piękniejszych wschodów i miłości.
Daliście mi wszystko, czego potrzebowałam. Ciepła i zrozumienia. Dlaczego jednak nie zauważyliście, że coś się ze mną dzieje? Nie miejcie wyrzutów sumienia. To ja zawiniłam, bojąc się z Wami porozmawiać o tym, co mnie gryzie.
„Jest już za późno”, jak pisał Stachura, którego tak kochaliśmy wszyscy troje. Nasza idealna rodzina. Idealna dla ludzi, dla siebie nawzajem z dnia na dzień stawaliśmy się sobie obcy. Każdy ma swoje życie. Każdy też jest kowalem swojego losu. Niestety, w tym fachu nie byłam nawet dostatecznie poprawna. Zbyt łatwo ulegałam ludziom.
Pisząc ten list słucham Mozarta, jego ostatniego dzieła. To dzięki Wam poznałam zarówno jego muzykę, jak i innych wspaniałych kompozytorów. Nasz Dom zawsze wypełniały dźwięki skrzypiec, fortepianu, harfy i klarnetu. Niestety mało było chwil, kiedy słuchaliśmy tego razem.
Moja śmierć nie jest dla Was karą. Jest karą dla mnie. Samosądem. Musiałam się ukarać, bo nie zasługiwałam na życie wśród tak wspaniałych ludzi, jak Wy. Byłam zbyt słaba i tchórzliwa. Nie potrafiłam przyjść do Was z problemami.
Wybaczam i proszę o wybaczenie.
Mamo,
Pamiętasz, jak chodziłam do zerówki? Na Dzień Matki przedszkole zorganizowało plenerową zabawę. Każde z nas miało krótko scharakteryzować swoją mamę, panie spisywały to wszystko na kartce i podczas tej zabawy po kolei odczytywały. Waszym zadaniem było odgadnięcie opinii, która jest o Was. Wybacz mi, że powiedziałam o Tobie: „mojej mamy nigdy nie ma w domu.” . Pewnie myślałaś przez te kilkanaście lat, że o tym zapomniałam lub myślę o tym jak dobrym dowcipie czy śmiesznym wspomnieniu z wczesnego dzieciństwa. Nic bardziej mylnego. To jedno pojedyncze zdanie gryzło mnie do samego końca.
A wiesz, że bardzo Cię kocham. Będę Twoim aniołem stróżem.
Tato,
Wiele razy zarzucałam Ci, że jesteś niesprawiedliwy i zły. Wiem, że masz gołębie serce. Skąd? Bo oczy człowieka są odzwierciedleniem jego duszy. A w Twoich oczach widać było zawsze dobroć i miłość. Twoje złe zachowanie wynikać mogło jedynie z tego, jak surowo zostałeś wychowany. Wpojono Ci, że ludźmi można manipulować. Być może Twoi Rodzice, a Moi Dziadkowie, z którymi już niedługo będzie dane mi się zobaczyć u wrót Świętego Piotra, również zostali wychowani w ten sposób lub wojna i jej pozostałości pozostawiły duże blizny. Ale zapomnieli, że blizny nie są zaraźliwe. Nie potrafili unieść brzemienia samodzielnie. Uległeś im. Ja nie zdołałam. Wystarczył mi ciężar własnego krzyża, pod którym niestety upadłam i niedługo skonam.
Kocham Cię. Dzięki Tobie i tak stałam się silniejsza i kilka lat mogłam zmagać się z depresją. Teraz jednak okazałam się zbyt słaba.
Wasza córka,
Aneczka
P.S. Nie martwcie się o mnie. Dziadkowie na pewno się mną zaopiekują. A ja będę nad Wami czuwać. Pamiętajcie, że chcę widzieć Was szczęśliwych. Nie lubię patrzeć na Wasze łzy. Codziennie będę posyłać Wam uśmiech z samego Nieba, o ile Bóg wybaczy mi wszystkie moje grzechy…
Pisanie ostatnich słów w życiu to nie taka prosta sprawa. Nie był to dla mnie jednak wielki problem, gdyż zawsze lubiłam pisać i dostawać listy. Pisałam tylko i wyłącznie piórem z czarnym atramentem. Na specjalnym papierze. Zawsze starałam się doskonalić sztukę kaligrafii, więc napisanie choć jednej strony zajmowało mi prawie godzinę, jednak stanowiło to dla mnie wielką przyjemność.
Listu do rodziców jednak nie kaligrafowałam, bo z każdym napisanym słowem chciałam kartkę pomiąć i wyrzucić. Nie mogłam dobrać odpowiednich słów. Bo właściwie jakich powinnam użyć? Nie znalazłam na to pytanie odpowiedzi i chyba taka nie istnieje.
Zapisane czarnym atramentem kartki zgięłam delikatnie na pół i wsunęłam do koperty w kratkę, z napisem Ars longa, vita brevis.
Gdy przyniosłam do pokoju wszystkie tabletki, wyłączając przeczyszczające, przypomniałam sobie, że nie kupiłam soku z limonki, który miał być moją ostatnią przyjemną chwilą. Mówi się trudno. Z lekkim grymasem na twarzy poszłam do pokoju rodziców w celu nalania sobie szklanki czystej. W barku znalazłam jeszcze metaxę, pamiątkę z rodzinnych wczasów w słonecznej Grecji. Przez chwilę wahałam się, czy nie zapić tabletek właśnie nią. Po zapoznaniu się z grecką etykietą doszłam do wniosku, że jest zbyt niskoprocentowa. Wybór padł na ohydną, cuchnącą, przezroczystą ciecz. Na domiar złego wódka owa okazała się być pamiątką z wesela mojej siostry, Agaty, która wyszła za mąż za mojego chłopaka. Dwa dni po ślubie opuścili zarówno Małe Miasteczko, jak i Mały Kraj, decydując się na życie w jakiejś amerykańskiej wiosce. W myśl, że żadna praca nie hańbi, moja ukochana siostra, która sprzeciwiła się rodzicom i uzyskała magisterium z dziedziny astronomii, a nie prawa, z dyplomem za pazuchą i uśmiechem na twarzy sprzątała biurowce w dużym, amerykańskim city. Albert, jej mąż, a mój były chłopak, pojechał za nią jak pies na smyczy. Na jej widok wręcz się ślinił, co uznałam za dość niesmaczne i niehigieniczne. Jego samego uważałam za skończonego drania z oczywistych chyba względów.
Requiem
Wszystko gotowe. Szklanka wódki, komplet tabletek i jedna, błyszcząca żyletka. Włączyłam Mozarta. Usiadłam na łóżku i zaczęłam połykać środki nasenne. Trochę to trwało ze względu na ich ilość. Jednym haustem wypiłam czystą i natychmiast miałam ochotę zwymiotować. Zamknęłam oczy i odliczałam do dziesięciu. 1…2…3…4…5…mdłości przechodziły…6…7…8…9…10. W porządku. Równowaga odzyskana. Mogłam realizować dalsze punkty mojego misternego planu. Nie wiedziałam, ile mam czasu. Kiedy tabletki zaczną działać. Jednak z każdą chwilą moje ruchy stawały się jakby wolniejsze. Wszystko przychodziło mi z trudem. Słyszałam tylko zniekształcone trochę dźwięki Dies irae. Wzięłam do ręki żyletkę. Zastanawiało mnie, czy podcięcie żył będzie konieczne, skoro już czuję się senna. Zostało mi najwyżej dziesięć, piętnaście minut. Mały kawałek metalu stawał się coraz cięższy. Położyłam się. W ręku ciągle trzymałam żyletkę. Nie wiem, dlaczego. Widocznie wewnątrz mnie toczyłam walkę, której wtedy nie mogłam pojąć.
Zamknęłam powieki.

Nie wiem, co napisać.
Jestem w szoku. Świetnie napisane opowiadanie. Bez pudła. Powinnaś postarać się o jego publikację. Na pewno pomogłoby niejednemu człowiekowi.
Brawo!