Czy ja o czymś nie wiem, czy w Polsce zmieniło się prawo i człowiek już nie ma wolności osobistej? Nie może sam decydować o swoich uczuciach i wiązać się z wybraną przez siebie osobą? Bo jeśli tak – wszystko rozumiem. Jeśli nie – nie czytajcie tego posta, bo w takim razie nie ma on najmniejszego sensu.
Tak. Zakochałam się. Do szaleństwa. Z wzajemnością. Szczerością. To Miłość, której przyszło budować się na zgliszczach innej, przedawnionej. Ja – bynajmniej – owych zgliszczy nie spowodowałam. Nasza Miłość wyrosła z czystych chęci. Brzmi bajkowo? To zapraszam do przeczytania najbardziej realistycznej bajki, z jakąkolwiek moglibyście się zetknąć. I nie będzie to bajka dla dzieci.
Dawno, dawno temu rodzice nauczyli mnie kochać. Byłam kochaną, choć czasem nie była to miłość łatwa. Jak to bywa. Z domu wyniosłam – oprócz garnków, łóżka, stosów książek i miliardów dupereli niepotrzebnych do życia – szacunek do innych ludzi, w szczególności do tych mi najbliższych, ale i do tych najmniej mi znanych. Mama powtarzała mi swoją mantrę: “Dobro, które ofiarujesz innym, wróci do Ciebie. Ze zdwojoną siłą.” Potem już trochę zmieniła taktykę, powtarzając: “Musisz być silna, nie dać się poniżać i sprawiać sobie przykrości. Jakiejkolwiek.” I tak, siedem lat temu, opuściłam rodzinne gniazdo. Na początku często je odwiedzałam, z czasem coraz rzadziej, za każdym razem otrzymując siłę do życia. I prawo, niezbywalne prawo do miłości. Moi rodzice byli konwencjonalną parą – tata, starszy od mamy, z – jak to teraz zwykło się mawiać – bagażem własnych doświadczeń. Mój brat pokochał moją mamę, a trzynaście lat później, jak ja pojawiłam się na świecie, pokochałam go ja (mimo, że według jego wspomnień, jako niemowlę dawałam mu popalić). Przez swoje doświadczenie życiowe przekonałam się, że dobra rodzina (bo idealna nie istnieje) nie musi być wcale tą konwencjonalną, której nie neguję, ale i nie zazdroszczę. Przekonałam się, że brat, który podobny jest tylko do taty, jest moim skarbem. Wzorem. Wychowałam się wśród ludzi dorosłych. Byłam dzieckiem, które nie wychodziło na dwór bawić się z rówieśnikami. Zanim poszłam do szkoły, wolałam ten czas spędzać na zabawie z rodzicami. Rodzicami, którzy w dojrzałym wieku zdecydowali się na pieluchy. I mieli z tego frajdę, jak relacjonowała mi później rodzina. Wychowali, wychuchali, przygotowali pisklę do wylotu z gniazda. W świecie pisklę dojrzało, a wraz z nim – jego serce, które dorosło do Miłości. Prawdziwa Miłość nie zna granic – znamy przecież związki dwureligijne, dwukulturowe, jednopłciowe, z niepełnosprawnością fizyczną czy umysłową. Jest też jeszcze jeden jej rodzaj – Miłość nie potrafiąca liczyć lat. I taka Miłość spotkała mnie. Jeśli w tym momencie pojawia Wam się w głowie myśl “przecież on by mógł być jej ojcem”, odpuśćcie sobie. Już to słyszałam. On też. I nie robi to na Nas wrażenia. Ktoś kiedyś napisał, że: “Miłość, jeśli jest prawdziwa, nie zna granic wieku”. Voila! Tak to po prostu jest – jedni zakochują się w szkolnej ławce, inni nie. Znam wiele par równoletnich – wiele z nich stworzyło wspaniałe związki. Aż buzia się cieszy, jak widuję ich razem. Ciągle. Od wielu lat. Uczą się razem, przeżywają wspólnie swoje sesje. A ja mam związek, w którym to On się martwi moją sesją, a ja jego pracą. Czy coś w tym niewłaściwego? Zastanawiam się nawet, absurdalnie, czy kogoś sobą krzywdzimy. Nikogo nie zmuszamy do akceptacji. Lubisz Nas – cieszymy się i spędzamy z Tobą czas. Nie możesz na Nas patrzeć – w porządku. Płakać nie będziemy. Ale, gdzie jest bajka? No tak, w bajce zawsze pojawia się jakiś zły charakter. Negatywna postać, która niweczy całą piękną historię. I taka osoba w mojej bajce się pojawia. Trzeba tylko wymyślić plan. Plan, który nie zadziała, a którego fiasko zaowocuje kuksańcem. Ale po nim powstaje plan B, zwieńczony happy endem. Bohaterowie bajek miewają załamania, ale w gruncie rzeczy są silni. I taka zamierzam być. Związując się z Miłością Mojego Życia wiedziałam, co na siebie biorę. Mężczyznę z dobrodziejstwem inwentarza. I wiecie co? Jest super, bo wszystko złe, co nas spotyka, tylko Nas umacnia. Dlaczego? To nie tylko chemia. To umiejętność wsparcia i bycia przy sobie mimo dzielących kilkuset kilometrów. Kiedy mam w swoich dłoniach Jego twarz – reszta świata nie istnieje. Szczególnie tego złego, nastawionego przeciw zawsze i mimo wszystko, w dużej mierze nieracjonalnie.
Spotkały się dwie osoby. Zakochały się w sobie. To, co w metryce dzieli – w rzeczywistości łączy podwójnie. Czy taki związek może komuś z otoczenia wyrządzić coś złego? Odpowiem natychmiast – nie ma takiej możliwości. Nic złego nie robimy. Nikomu nie dzieje się krzywda z Naszego powodu. Jeśli tak – jest ona wymysłem czyjejś wybujałej wyobraźni. Żadna szczera Miłość nie sprawia przykrości.
Koniec.
Piosenka od Niego, Nasza piosenka
P.S.
Pozdrowienia dla Forumowiczów, którzy przeczytali tę bajkę do snu. My pleasure. Sweet dreams.

Comments on: "Bajka o…" (1)
Witaj Izanna
Ładna bajka, wręcz socjologiczna. W jej prostocie zawarłaś sedno bycia razem i łamania barier oceny przez innych. Jest to coś, czego Polacy potrzebują się nauczyć w najbliższych latach. Nadal boimy się “być ocenionym” przez innych, ale uwaga – to typowo polska przypadłość. Dlatego tak cenię sobie zachodnie kraje, gdzie taka bajka na jawie jest normalnością, a u nas nadal przypadłością, którą należy skrytykować.
Świat rządzi się swoimi prawami fizyki, a związki prawami chemii. Które ważniejsze ? – to nasza indywidualna sprawa i basta !