Od poprzedniego posta wydarzyło się sporo niedobrego. Pisałam wcześniej coś o wielkiej pustce?
Błąd. To, jaką pustkę obecnie noszę w sobie, ciężko opisać. Dwa dni po pogrzebie A. poszłam na uczelnię. Poniedziałek. Rano telefon od mamy:
- Jak tam łacina? – zapytała.
- Nauczyłam się, ale mam dopiero po południu.
- To zadzwonię później, pa.
Nie zdążyłam powiedzieć czegokolwiek.
Łacina poszła mi dobrze, póki co – odpukać, nie narzekam. Pod koniec zajęć mama znów zaczęła do mnie dzwonić. Nie mogłam wyjść z sali, więc wyłączyłam wibracje. Po wyjściu z budynku wyciągnęłam z torby telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń. Oddzwaniam.
- Cześć, dzwoniłaś do mnie tyle razy. Co jest? – zapytałam z entuzjazmem wywołanym kartkówką z łaciny.
- Izuniu … [nie usłyszałam dalszej części, bo akurat obok przejechał tramwaj]
- Co mówiłaś? – powtórzyłam z radością w głosie, chcąc podzielić się dobrą wiadomością. Ale to nie ja miałam ważną wiadomość.
- Izuniu, dziadziu Cz. zmarł dziś rano.
- Co? – zapytałam z niedowierzaniem w słowa, bo być może źle usłyszałam.
- Dziadziu Cz. zmarł.
- Jak to?
- Mówiłam Ci przedwczoraj, że źle wygląda?
- No tak. Ale to niemożliwe. Dlaczego akurat On? – wpadłam w histerię i teraz słyszałam już tylko płacz mamy.
Po dłuższej chwili
- Kocham Cię – usłyszałam przez telefon.
- Co ja mam teraz zrobić? Przyjechać dziś do domu?
- Jeśli możesz, to tak. Gdzie teraz jesteś?
- W mieście. Wyszłam z zajęć. Ale czy to takie ważne?
- Jak łacina?
- Dobrze, na maksa. Ale co ja mam teraz zrobić?
- Przyjadę po Ciebie, bo będziesz cały dzień płakała.
- Mamuś…
Rozmowa trwała jeszcze trochę. Nie potrafiłam się uspokoić. Nagle znalazłam się w ramionach Maluszka. Przed oczami miałam migawki z zeszłej soboty. Jak mnie pocałował w policzek, zrobił pyszną kawę (to był nasz rytuał przed każdym moim wyjazdem do Wrocławia) i przytulał. Nie pamiętam już, jak szybko dotarłam na Horbaczewskiego, ale Aś wzięła mnie pod swoje skrzydła. Zrobiła herbatę. Była przy mnie.
Jak zostałam już sama w pokoju, przeszukałam wszystkie zdjęcia w laptopie i otworzyłam te, na których był Dziadziu. Na każdym uśmiechnięty, z tym samym zamyśleniem na twarzy, ze zmarszczkami, które czyniły Go przystojniejszym. Przyjazna, starannie uczesana siwizna, rozweselone śnieżnobiałe wąsy i duże, mądre i błękitne baronowe oczy. Po Nim odziedziczył je mój tata, stryjek i ja.
Zanim się obejrzałam, było dość późno. Patrząc na zdjęcie załatwiłam w GL nekrolog (jak dobrze ciągle mieć tam przyjaciół). Nie musiałam podawać żadnej treści, a dwa dni później, kiedy się ukazał, zaniemówiłam. Był przepiękny i wzruszający. Trzeba było też powiadomić kilka osób.
Zawsze zastanawiało mnie, jak ludzie, straciwszy kogoś bliskiego, potrafią racjonalnie myśleć i działać. W końcu teraz sama tego doświadczyłam. Po prostu, kiedy brakuje już łez i sił, a rozpacz sięga dna, zaczyna się coś robić, bo w takich chwilach nawet obecność kogoś obok jest bardzo ważna. Nie masz siły i ochoty na herbatę, jedzenie. Nie myśli się o tym. Ale chce się zadbać o każdy szczegół związany z osobą, która odeszła.
Dzień później, razem z bratem, pojechaliśmy do babci i rodziców. Obydwoje nie mieliśmy nic w ustach od poniedziałku, a dojechaliśmy do domu we wtorek po dwudziestej drugiej. Ale nie czuje się głodu. Sił jest mniej, ale kogo to obchodzi. Cały świat zwalnia. Traci kolory i zapachy.
Ale i tak środa była apogeum tego wszystkiego. Rano zjechała się do Krosna rodzina z Cieszyna i Czechowic Dziedzic. Śniadanie u babci. Na drzwiach Ich kamienicy klepsydra. Dreszcze na plecach. W mieszkaniu unosił się zapach jedzenia i wody kolońskiej Dziadzia. Wszędzie widziałam Jego ślady. Kapcie, zakreślone daty w kalendarzu (wizyty lekarskie), zegarek, z którym nigdy się nie rozstawał, już leżał na ławie. Samotny jak każdy z nas tego dnia. Spotkanie z Rodziną, którą widziałam ostatnio dwanaście lat temu było dość przerażające. Jestem małym homofobem, a już szczególnie w takich sytuacjach. Trzymałam się. Wszyscy mnie wspierali. Wiedzieli, że Izunia to wnuczka Cz. Dwie godziny później zrozumiałam te słowa, bo okazało się, że nie raz Dziadziu opowiadał im o mnie. W końcu jako jedyna wnuczka byłam tak blisko. Dosłownie i w przenośni. Spędziliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. I tylko jedne kondolencje zapadły mi w pamięci: Wiem, że to był Twój ukochany Dziadziu. I dopiero w tej chwili zdałam sobie sprawę z tego, jak ważne są kondolencje. Zawsze byłam po tej drugiej stronie. Zawsze je składałam. A teraz ktoś przytulał mnie, a ja nie chciałam, żeby ten uścisk minął. A jeśli minie, niech nie ściąga ze mnie bólu. Bo jeśli nie będę czuć bólu, to zacznę mieć wyrzuty sumienia.
Dziś mija 11 dni, od kiedy Jego nie ma. Pojutrze znów Go odwiedzę. Ale Jego twarz ujrzę wyłącznie na zdjęciu, które od tych jedenastu dni mam codziennie przy sobie. Uśmiecha się do mnie, promienieje radością. To zdjęcie ze zjazdu krakowsko-krośnieńskiego. Siedzimy przy stole. Ktoś Go rozśmieszył.
A teraz On rozwesela Pana Boga.
Ciężko jest pożegnać się z kimś tak bliskim. Czy to w ogóle jest możliwe? Jeszcze nie usunęłam Jego numeru telefonu. Nie potrafię. Ciągle mam nadzieję, że się odezwie. Że cofnie się czas. Że ciągle mi się to śni.