Pora się oczyścić, wyrzucić emocje.
Zła wiadomość trafiła mnie niczym piorun w czwartek o 16.48 w tramwaju linii 22, między Młodych Techników a Jana Pawła II.
- A. zmarła dziś rano – wybrzmiało w telefonie wprost do mojego ucha.
Pierwsza myśl – dlaczego akurat dzisiaj? Przecież to zwykły, brzydki, szary i zimny dzień. Dlaczego akurat teraz? Druga – jechałam właśnie na spotkanie. Co teraz? Odwołać i biec na dworzec? Będę w domu dopiero koło północy.
Poszłam na to cholerne spotkanie. Teraz wiem, że wtedy jeszcze do mnie nie dotarło to, co się stało. Wypiłam kawę czekoladową, oblizałam usta i znów wsiadłam w tramwaj, tym razem nr 3.
W domu wyciągnęłam spod łóżka torbę. Bluzka, kosmetyki, bielizna, portfel, książka Gretkowskiej i odtwarzacz mp4. Zdałam sobie sprawę, że nie mam wystarczająco dużo pieniędzy na bilet. Jedyna gotówka jaką miałam, to ponad osiemset złotych na kaucję i czynsz za mieszkanie. Wzięłam więc pięćdziesiąt złotych i nazajutrz o piętnastej wsiadłam w autobus relacji Wrocław – Zielona Góra. Na szczęście zdążyłam wskoczyć na zielonogórskim dworcu w krośnieński autobus i tym sposobem piętnaście po ósmej byłam w domu. Dopiero jadąc na dworzec we Wrocławiu poczułam tą pustkę. Stratę. Kupiłam chusteczki higieniczne, które bardzo się przydały.
Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego w sobie. Takiego nic, które rozpiera całą duszę i zapiera dech w piersiach. Nic, które niszczy, niweluje głód i spędza sen z powiek. Przenikająca umysł pustka.
Spałam z mamą, bo w moim pokoju nie ma już łóżka. Nie mogłam zasnąć. Na TVP Polonia leciał polski film, później na Jedynce druga część “Karola”. Wyłączyłam telewizor.
Nie wiem, czy to wynik mojej wyobraźni, czy siły nadprzyrodzone sprawiły, że zobaczyłam Ją. Stała w dużym pokoju. Spokojna, z wyrazem twarzy, który miała, kiedy Ją poznałam. Z przerażeniem zamknęłam oczy i przewróciłam się na drugi bok. Uchyliłam powieki i zobaczyłam Jej twarz między mną a moją mamą. Wyglądała, jakby spała. Miała podkrążone oczy.
Dzień pogrzebu był najgorszy z tego wszystkiego. Ludzi przyszło tyle, że zmieścili się w małej kaplicy, ale sama nie była osobą, która ma liczną rodzinę. Nie chciałam wejść do środka. Stałam z dwoma czerwonymi różami oplecionymi czarną wstążeczką. Kolce przebijały się przed czerwone rękawiczki.
Jej zimna dłoń.
Pamiętam, jak wczoraj nasze pierwsze spotkanie. Przyszłam do Niej z obiadem. Pełna życia, trochę zgorzkniała, ale okazało się, że to po prostu jej pancerz przed ludźmi. W głębi duszy była wspaniałą i ciepłą kobietą, sukcesywnie niszczoną przez nowotwór.
Kiedy widziałam Ją po raz ostatni, była w szpitalu. Słaba, zdenerwowana. Chcę do domu – powtarzała z uporem trzylatka. Nie chcę siedzieć w tym pokoju z rośliną (pacjentką vis a vis Jej łóżka).
- Iza, jaki dziś dzień?
- Piątek – odpowiedziałam.
- Kłamiesz.
- Asia, jaki dziś dzień? – pytanie tym razem skierowała do mamy.
- Piątek.
- Nieprawda. Dzisiaj jest poniedziałek.
- Nie – na dowód tego pokazałam Jej kalendarz w telefonie.
- Nie może być piątek, jest poniedziałek. Dzisiaj dostanę pieniądze – orzekła.
- Tak, dostaniesz w poniedziałek, po weekendzie – zapewniła ją mama.
- Zjadłabym sernik. Tutaj jest okropne jedzenie.
- Wiedeński może być?
- Tak. Chcę. Szybko.
Więc szybko pognałam do cukierni, która jest niedaleko szpitala. Kupiłam spory kawałek sernika wiedeńskiego i poprosiłam, żeby go pokroić na małe kawałki.
- Proszę. Oto sernik, o który prosiłaś – położyłam owinięte w papier ciasto na szafce i wyciągnęłam kawałek. Dopiero wtedy zauważyłam, że A. czeka już z łyżeczką w ręku.
Jadła szybko, jak na chorą. Widać było, że naprawdę była głodna i miała ochotę na coś słodkiego. Nagle, w pół kęsu, odsunęła łyżeczkę od ust.
- Obiecaj, że jutro będę już w domu.
- Porozmawiam z lekarzem. Zobaczę, co da się zrobić.
- Obiecaj.
- Najpóźniej w poniedziałek może być?
- Tak.
- Obiecuję.
- Dziękuję.
To dziękuję było bardzo trudnym do przetrawienia dla mnie słowem. Dźwięczało mi w głowie. Wychodząc ze szpitala płakałam. Wiedziałyśmy, że argumenty typu: tu masz doskonałą, całodobową opiekę są beznadziejne. Nie dla Niej. Zresztą to, że była w szpitalu było konsekwencją nagłego pogorszenia się zdrowia. Skoro i tak potrzebowała całodobowej opieki, mogła być w domu. I tak się stało. W poniedziałek do A. przyjechała synowa. I tak było niecałe trzy tygodnie. Aż do czwartku.
Zdziwił mnie sam pogrzeb. Miałam wrażenie, że oprócz mnie nikt nie płacze. Synowie z żonami byli na proszkach. Usłyszałam tą cholerną trąbkę zza pleców. Gdy podeszłam, żeby położyć róże na innych kwiatach, świat nagle się zamazał. Ktoś chwycił mnie w ramiona. Potem odeszłam dość daleko, a po kilku minutach dołączyłam do rodziny i pojechaliśmy na obiad. Zaczął padać deszcz.
Od tamtej chwili wszystko było nijakie. Nijaka słona zupa, nijaki kawałek kotleta. Nijaka herbata.
Wpół do czwartej miałam powrotny autobus. Nie przyjechałam do domu na weekend, a zaledwie na pół dnia. Świeciło słońce przez chwilę.
Teraz jest niedziela wieczór. Siedzę, a w uszach Preisner (właściwie van den Budenmayer, bo słucham muzyki z Czerwonego). Pustka ta sama, ale zostaje gdzieś w tyle. I zastanawiam się, czy nie powinnam mieć wyrzutów sumienia, że za miesiąc wszystko wróci do wcześniej ustalonej i wyrobionej normy.
Ona by tego chciała?
Gówno prawda. Nie wiem, czego by teraz chciała, oprócz sernika wiedeńskiego.