Historia muzyki zdana.
Wchodzę z Aś. Nie pamiętam dwóch zagadnień z renesansu. Wejście odważne, z uśmiechem. Losujemy zestawy. Mój: formy chorału gregoriańskiego; polichóralność. Aś: prehistoryczna muzyka hebrajska; notacja menzuralna biała. Trafiłyśmy, chociaż jednym pytaniem mogłybyśmy się wymienić. Mimo wszystko poradziłyśmy sobie. Było całkiem sympatycznie, czego KOMPLETNIE nie spodziewałam się po drze S. Tymczasem naprowadzał, tłumaczył i cierpliwie słuchał. Polichóralność akurat umiałam perfekcyjnie (ach…Gwizdalanka i Kowalska). Gorzej było z formami chorału, bo nie do końca dobrze opracowałyśmy to zagadnienie, ale z podpowiedzią jakoś poszło. Oby więcej takich egzaminów.
Pisałam już, że nie cierpię egzaminów pisemnych? Pisałam, ale do tego wrócę. Jeszcze przede mną dwa egzaminy plus kontrapunkt, który połowicznie miałam okazję oblać. Czuję się zaszczycona! Naprawdę, bo jak się okazało, NIE ZDAĆ z niego to sztuka. Prawdziwa. Dziwnie. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego. Upokorzona, wdeptana (i zdeptana) i bardzo niedowartościowana. Co się dzieje? Iz, to tylko kontrapunkt. W porządku, ale lepiej czułabym się z marnym 3.0 niż poprawką za tydzień. To mnie rozbija. Jestem przekonana, że będę bardzo się tym stresować, chociaż i tak to umiem. Więc dlaczego nie zaliczyłam? Dobre pytanie. Wszyscy, którym tłumaczyłam, zaliczyli. A ja nie. Cieszę się, że pozdawali, bo wiem, że następnym razem do mnie wrócą po pomoc. O. dzisiaj napisała do mnie: widzisz, tak to jest. Pomagasz innym, a sama dostajesz po dupie. Racja. Dostałam, zabolało, ale jestem dumna, że komuś przydały się moje wskazówki. A ja sobie poradzę. Zawsze wstawałam, jak upadłam. Czasem to trwało, ale nigdy się nie poddałam. Bo słabość jest oznaką ludzi tchórzliwych.
Ale nie powiem, łzy w oczach mam.
Żółw coś nie może się zdecydować. Dzwoni, nie dzwoni. Pewnie myśli.