Obóz dobiegł końca. Potrzebowałam dwóch dni na zregenerowanie swoich elan vital. Sama nie wiem, czy to dużo, czy mało. W zeszłym roku na przykład przyjechałam naładowana (bo najprawdopodobniej nikt tej energii mi nie zabrał).
Dwutygodniowa Robinsonada właściwie się udała. Jako instruktor programowy mogę z dumą powiedzieć, że wszystko zostało zrealizowane. Nawet Neptunalia, chociaż zaczęło padać i ja, razem z moim morskim mężem, Neptunem (bądź Posejdonem) trochę zmokliśmy, nie mówiąc o naszych morskich dzieciach.
“Rozbitkowie”, sztuk trzydzieści, szczęśliwie wrócili do domów, nie licząc jednej nogi w gipsie i użądlenia osy.
Druhna Iza po raz kolejny spełniła się wewnętrznie jako opiekun. A dzieci to czuły. Nie liczę tu swoich kompleksów na punkcie… wielu rzeczy, a jedynie ważne było dla mnie podejście do dzieci i nasze wzajemne relecje. Z bólem jednak stwierdzam, że w przyszłym roku nie pojadę na ten sam obóz. Chcę się wyrwać od tego wszystkiego, mimo że organizacja jego była wzorowa. Albo wywalczę sobie opiekuna-współtowarzysza.
W tym roku zostałam ochrzczona druhną Słodko-gorzką. Niedawno przecież tak zatytułowałam jeden z postów. Jednak to nie o to chodziło. Był sobie taki jeden Kamil w kuchni, z którym grywałam w kosza. O słodką herbatę. Jak przegrałam, była gorzka. I za każdym razem, jak podchodziłam do okienka, szefowa kuchni pytała: “Słodka, czy gorzka?”.
Mało tego. Był też oprócz Kamila druh administracyjny, Jacek. Nie wiedzieć dlaczego, szybko powstało powiedzonko, które było kierowane pod moim adresem, kiedy tylko dh Jacek pojawiał się na horyzoncie: “Druhno, strzeż się ciąży, druh Jacek krąży!”.
I tak sama uknuła się intryga. Zaczęły się zaczepki, przyczepki, pikantne dialogi i długie, poważne rozmowy. Co z tego wyniknęło? Ha! Na pewno nie ciąża
Takie tam- rączka za rączkę, przytulanki i żarty.
Wszystko wspominałabym dobrze, gdyby w moim życiu nie było już wystarczająco dużo emocjonalnego zamieszania. Głos w mojej głowie mówi: “Przecież masz faceta, masz z kim porozmawiać…”
No właśnie. Porozmawiać.
Nie mam nastroju, żeby opisywać obozowe karaoke, ale powiem tylko tyle- poznałam małego atopika, a właściwie atopiczkę i jeszcze lepiej zrozumiałam swoją chorobę. Od początku.