Deszcz i burza sprzyjają pisaniu, więc oto, co działo się wczoraj.
8.15
Pobudka. Ściśnięty żołądek. W głowie plącze się Corelli, Beethoven i Berlioz. Jem śniadanie, które dostałam do łóżka. Jak co roku, 16. maja (wyłączając może dwa lata mieszkania na Drzewnej, kiedy to dziewczyny udawały, że dzień jak co dzień, a wieczorem była Niespodzianka). Życzenia, uściski. Trochę lżej, zapominam o stresie.
10.15
Jadę autobusem na spotkanie z M. Przyjechała z Warszawy i zdecydowałyśmy się na poranną, urodzinowo-maturalną mrożoną kawę. Później wizyta w dwóch antykwariatach. W prezencie książka, którą dawno chciałam sobie kupić, ale jakoś nie było ku temu okazji.
Uwielbiam urodziny. Telefon nie milczy cały dzień. Na dodatek byłam zdziwiona, że tak dużo osób pamięta i to nawet ci, których nie widziałam 3 lata. Dziękuję wszystkim!
13.15
Odbieramy rabinkę i A. z PKP. Dopiero się zaczyna. Udzielać dobra energia oczywiście. Śmiechy, rozmowy. Odbieramy chałki na szabat w piekarni i idę w stronę szkoły na maturę z historii muzyki.
14.15
Przejrzałam cały arkusz. Jestem w szoku. Niektóre pytania powalają na łopatki, ale jakoś udaje mi się wybrnąć. Ledwo wyrabiam się w 2 godziny.
16.30
Szybki obiad w restauracji i odwiedziny w szkole muzycznej. Zaczynam szykować się na szabat.
18.15
Stoję z M., rabinką i A. Słuchamy przedługiej części oficjalnej otwierającej Noc Muzeów. Dostaję urodzinową różyczkę. Stres schodzi, bo ile można się denerwować. Po pewnym czasie zaczyna się nabożeństwo szabatowe.

Widzę sporo znajomych twarzy- z kursu hebrajskiego, z poprzednich festiwali, ze szkoły. Atmosfera jest niezwykła. Przypominają mi się wieczory w Bejcie. Pstrykam zdjęcia rabince, M. i A. Później razem śpiewamy psalm i kilka szabatowych pieśni, ludzie powoli łapią melodię Lecha Dodi.
Wino, roznoszenie chałek. Szabat szalom mówione trochę nieśmiało.
Po nabożeństwie kolacja szabatowa. Później przejście do sali, gdzie jest wystawa Żyd niemalowany. Gram kilka melodii żydowskich i śpiewam Mishaelę na przemian z Hymnem o miłości. Duszno, gorąco, mnóstwo ludzi, fleszy i czewonych lampek kamer. Kilka mikrofonów. Oklaski. Dziękuję.
20.15
Czas się zbierać. Ale pożegnać się z ludźmi z Bejt Warszawa nie jest tak łatwo. Rabinka mówi:
-Łan song. For mi. Plis. Wery macz.
-Którą?
-Michela
-Ok
Śpiewam więc specjalnie dla niej. Patrzymy sobie prosto w oczy. Szeroki uśmiech. Czuję, jak moje gardło powoli protestuje, ale do końca piosenki jest w porządku.
Zagadujemy się trochę o moim przyjeździe do Warszawy i wspólnej podróży do Krakowa, mówiąc po polsku i angielsku, a rabinka dodatkowo po rosyjsku, kiedy jej nie rozumiem (czy po rosyjsku w takim razie mam zrozumieć?). Jest bardzo sympatycznie. Robimy sobie kilka pamiątkowych zdjęć. Uściski, buziaki i …Happy Birthday to you w wykonaniu A. i rabinki. Iza, zadzwonię na pożegnanie. Później fotka z M. i do domu.
To był jeden z piękniejszych dni w moim życiu. Zamiast torta humus i cymes. Zamiast szampana, wino.
Szkoda, że dziś już 17. maja.
działo się działo
jak w kalejdoskopie. same pozytywne wrażenia. oby takich więcej
Iza, wiesz że na Forum założyłam Ci wątek urodzinowy?
Dziękuję Rosa. Bardzo!
caly czas myslami przy Tobie