Dies irae
luty 15, 2008 autor izanna
Lacrimosa dies illa
Qua resurget ex favilla
Judicandus homo reus.
Huic ergo parce, Deus:
Pie Jesu Domine,
Dona eis requiem. Amen.
Pamięci wujka F.
Ciężkie dni nastały. Najpierw problem z dyskiem w kręgosłupie, nawrót atopii, śmierć wujka, przełożenie w związku z tym wyjazdu do Wawy i spotkania z Krapulem, dzień 14. lutego i cała reszta feralnych niepowodzeń.
Noc zarwana, nie pierwsza. Tak to jest, jak złe wiadomości dostaje się w nocy. Ale z reguły tak jest, że jeśli jest coś się stało złego, dzwonią z tym w nocy. Nigdy w dzień. Po wschodzie słońca to dzwonią zawsze zaprosić na chrzciny, może jakiś ślub, choć to zawsze potwierdzają listownie, dzwonią, że przyjęli cię do szkoły, na uczelnię, o pracy. Nigdy nie zadzwonią z tym w nocy, żeby człowiek lepiej spał. Powiedzą za to, że zmarł ktoś z Twojej bliskiej rodziny. I koniec. Kropka. Już po spaniu. Godzina trzecia trzydzieści. Godzina za godziną niepojęcie chodzi…
Nadchodzi dzień. Wstaje słońce. Zimno. Idę do szkoły, sprawdzian z czytania ze zrozumieniem. Staram się przez godzinę skupić się na obozach koncentracyjnych w ujęciu Borowskiego i Herlinga-Grudzińskiego. Wieczorem trzeba świętować. Jemy uroczystą kolację, bo tak wypada. Po mieście spaceruję już sama. Staram się zabić czas i to cholernie bolące uczucie. Dzwonię do Buxtehude’a, bo chyba razem zagramy na pogrzebie. Potem, jakby na pocieszenie za to wszystko, za cały beznadziejnie smutny tydzień, dostaję od Tomasza osiołka, którego w porozumieniu z Krapulem nazywam Heniu. Oprócz niego mam jeszcze tofifi i słonia, zapewne na szczęście, bo trąbę ma zadartą ku górze. Dumny. Też bym była. Ot, co. Być słoniem z porcelany, zbierać kurz i martwić się jedynie, czy właściciel się mną należycie zaopiekuje i nie spadnę z hukiem na podłogę tracąc trąbę lub nawet jej część. Ale porcelanowym słoniom nie umierają bliscy.