Wanilia
styczeń 19, 2008 autor izanna
Najpierw liczyłam, żeby przeżyć każdy następny dzień obfitujący w sprawdziany i kartkówki. To najważniejszy finisz w LO (jak na razie). Jeszcze nie koniec. Zostało kilka przedmiotów i możliwe, że wyskoczą jakieś niespodzianki do zaliczenia. Ale i tak już z górki…
Za tydzień studniówka. Sukienka wisi w szafie, razem z nią rękawiczki i mała, czerwona koronka na gumce zwana podwiązką. W szkatułce leży biżuteria. W kartonie stoją buty. Tylko torebki brakuje. Zostało kilka dni.
Fryzjer połowicznie “załatwiony”, bo już kolor jest. Pachnie waniliową odżywką. Pozytywnie.
Kosmetyczka dzisiaj męczyła mnie dwie godziny. Orała moją twarz, ale wygląda względnie dzięki cuchnącym, aczkolwiek cudotwórczym algom morskim. Do czwartku ma się zagoić, więc zostanie jeden dzień odpoczynku psychofizycznego, że wszystko jest dobrze.
W czwartek jest też koncert “swiąteczny”, który nazwałabym raczej “karnawałowym”, albo chociaż “noworocznym”. W programie ambitne pozycje, m.in. Carmen Bizeta czy uwertura Zamek na Czorsztynie Kurpińskiego. Kilka miniatur i nieśmiertelny Taniec słowiański Dworzaka.
(czuć wanilię)
Buxtexude dał mi w kość. Szybko doszedł do siebie po stracie przyjacióki, którą ponoć kochał (oczywiście po przyjacielsku). Jeśli o mnie chodzi, to nawet mogę zagrać Mu na ślubie i to nawet za pół ceny, bez złośliwych potknięć intonacyjnych. Tylko niech dotrzyma obietnicy i zagra w czerwcu. Nie wymagam on Niego współczucia, głaskania po głowie, czy obietnic, że będziemy razem. Nie chcę.
![]()
Pamiętasz, jak graliśmy razem? Teraz gram sama.
Dlaczego słuchając Adagio Albinoniego ryczę jak dziecko, które stłukło kolano? Dlaczego na historii muzyki, kiedy mowa o muzyce organowej, mam Go przed oczami?
To nie mój zahir. Nie…
(wanilia śmierdzi)
W nadchodzący weekend czuwanie u Elżbietanek. Będzie się działo. A ja będę działać ze spuchniętymi po studniówce nogami.
(jak nie ruszam głową, nawet jej nie czuć)
Idę umyć głowę. Wanilia wywołuje u mnie niepotrzebne wspomnienia. Bolą.