Warszawa. Spontanicznie.
styczeń 5, 2008 autor izanna
Piątek. Czwarta nad ranem (może sen przyjdzie?). Pobudka, koniec trzygodzinnego snu. Za półtorej godziny odjeżdża intercity relacji Zielona Góra- Warszawa. Wstaję, chcę się ubrać. Ciemno. Zimno. Mam mdłości, biegnę do łazienki boso. Jeszcze zimniej. Męczę się, ale wiem, że nie zrezygnuję z wyjazdu. Dzień wcześniej, a właściwie kilka godzin temu zdecydowałam się pojechać. Nie odpuszczę.
W pociągu śmierdzi. Niedobrze mi. Chyba zatrułam się tortillą z Mc Donald’s. Sześć godzin katorgi i litry wody.
Po przyjeździe pędzimy do głównego sztabu WOŚP, gdzie spotykamy się z organizatorami i wyrabiamy sobie identyfikatory. Przy okazji ja dostaję zadanie- opieczętować i zalaminować identyfikatory innemu sztabowi z Wielkopolski. W związku z tym, że moje samopoczucie jest, lekko mówiąc, nieciekawe, ktoś chce wezwać karetkę. Jeszcze tego brakowało. Ja tu się umówiłam z Krapulem przy Pałacu Kultury i musimy się zobaczyć! Poza tym nie uśmiecha mi się ewentualny pobyt w warszawskim szpitalu. Powszechnie wiadomo w moim środowisku, że nie toleruję tych zapachów i widoku białych kitlów. Jakoś nie jest mi lepiej.
Przychodzi czas spotkania z w.w. Krapulem. Spędzamy razem całe popołudnie. Rozmawiamy, wspominamy. Jem pierwszy posiłek od czasu pechowej tortilli. Na dodatek jest to węgierski gulasz. Niestety rodzące się w moim żołądku obawy nie pozwalają mi dokończyć posiłku, więc bierzemy bułkę do kieszeni i opuszczamy lokal :)Następnie marszobieg na Starówkę, przejazd tramwajem i metrem i pożegnanie. „Krapul my boss” hasłem dnia. Czuję się lepiej, w końcu decyduję się zjeść cokolwiek, co przepłacam bólem brzucha.
Do domu przyjeżdżam około północy, jem kaszkę manną i zasypiam.
Dziś rano uświadomiłam sobie, że studniówka już za trzy tygodnie. Sukienka już jest. Jeszcze “tylko” buty, torebka i biżuteria. Ale doradzi mi Krapul, bo przecież “Krapul my boss”.
