Dzisiaj mija drugi dzień festiwalu. Jutro zakończenie.
Ale zanim…

Piątek upłynął dość energicznie, bo od rana były ogromne zmiany w programie. Planowo miałam cztery wejścia po dziesięć minut z pieśniami żydowskimi. W rzeczywistości miałam dwa po mniej więcej trzy minuty. Prezes tłumaczył to zawirowaniami związanymi z referatami i na pewno miał rację. Jedynym wykładem, który zaczął się punktualnie i planowo się zakończył, był wykład rabina Burta Schumana z reformowanej gminy żydowskiej Beit Warszawa (o wizycie w Bejcie pisałam gdzieś wcześniej). Po nim miałam okazję porozmawiać chwilę z rabinem, co dało mi wiele radości. Przekazałam pozdrowienia dla Patrycji i nie kryłam zadowolenia z naszego ponownego spotkania. W zamian dostałam ponowne zaproszenie do Bejtu (oczywiście na szabat). Skorzystam NA PEWNO dopiero, gdy napiszę maturę i będę mieć więcej czasu na wszystko.
W piątek na żaden inny referat się nie załapałam (jeśli nie liczyć połowy o rekonstruowanym muzeum żydowskim w Wawie), ale za to udało mi się uczestniczyć w trzygodzinnych warsztatach pisma hebrajskiego! Po wytężonej pracy umysłowej każdy z nas zaprezentował na tablicy swoje imię i nazwisko, rzecz jasna w języku hebrajskim. Już wiem, czym różni się on od jidisz. Mimo wszystko- wolę hebrajski.
Po zaśpiewaniu Avinu malkeinu (Nasz Ojcze) udzieliłam trzech wywiadów. Jeden z nich poszedł w eter szybciej, niż myślałam, bo już wieczorem dostałam telefon od babci, że byłam w radiu. Okazało się, że redaktorka nagrała też samą pieśń. Ciekawe, ciekawe. Niestety inna nie wykazała się zbytnią inteligencją, bo pierwsze pytanie (którego nie pozwoliłam jej zanotować), brzmiało: “Czy jest Pani Żydówką?”. Proszę Pani. Nie jestem, ale nawet gdyby, to co? Przyklaśnie Pani wesoło, tak jak to Pani zrobiła, kiedy zaprzeczyłam? Nie wiem, czemu miało służyć to pytanie. I raczej się nie dowiem, bo Pani poczerwieniała i zaczęła mówić trochę konkretniej, chociaż nadal niezbyt mądrze (Czy wszystkie pieśni żydowskie są tak wzruszające?). Ta kobieta nic nie wie o tej kulturze. Żal. Z szacunku dla prasy nie napiszę, z ktorej gazety jest owa Pani redaktor (na szczęście nie z Lubuskiej, tyle mogę powiedzieć).
Sobota z reguły jest dniem miłym, lekkim i przyjemnym. Tak teżbyło dzisiaj. Zaśpiewałam kilka pieśni, zagrałam Szalom aleichem i… razem z rabinem Schumanem w czasie odsłonięcia tablicy poświęconej Levysohnom zaśpiewałam Hine ma tow. Łezka w oku się zakręciła, bo przypomniał mi się mój pierwszy szabat i ten drugi, w Bejcie z Patrycją. Od tego wszystko się zaczęło. Śpiewanie po hebrajsku, wycieczka do Oświęcimia, przyjaźnie z Żydami.
Po odsłonięciu wszyscy poszliśmy świętować szabat (”Szabat szalom, szalom szabat…” słyszało się z każdej strony). Pyszne jedzenie, jak to w kuchni żydowskiej. Do tego zielonogórskie wino. Humus zagryzany macą i naprawdę świetna atmosfera. Przy okazji odbyłam kilka budujących rozmów, które znów dały mi do myślenia, ale też rozjaśniły umysł.
Został jeszcze jeden dzień festiwalu. A w nim koncert kwartetu. Intermezzo, tak się teraz nazywamy. Nowa wiolonczelistka, to i nowa nazwa. Kciuki proszę!
P.S.
O moich duchowych i uczuciowych zawirowaniach napiszę kiedy indziej lub najlepiej wcale, bo czuję się fatalnie. A miało być zupełnie inaczej. Nie tak.