Kanały:
Wpisy
Komentarze

Uporać się ze wspomnieniami…

Może tak.
Zeszły weekend spędziłam z rodziną. To były zdecydowanie trzy bardzo ciężkie dni. Osobiście jestem pełna podziwu dla Babci, która naprawdę się trzyma, choć mama relacjonuje mi przez telefon, że kiedy zajrzy do Niej, ma czerwone oczy. W poniedziałek miałam okazję spędzić z Nią prawie dwie godziny, czekając na przyjazd rodziców. Pomagałam Babci przygotować obiad, bo zaczęła coś gotować, zapomniała mieszać. Rozmawiałyśmy o wizycie stryja (wujka, ale zgodnie z ustalonymi wcześniej koligacjami zmienił się status na stryja bądź stryjka), o moich studiach, planach, rodzicach i czasach dziecinnych taty i stryja. Dostałam też zadanie specjalne – kupno puzzli, za którymi rozglądałam się we Wrocławiu od przyjazdu i już dwa pudełka wpadły mi w oko.
Do Babci jadę w najbliższy weekend, bo 16. października jest Świętem Uniwersytetu, z tytułu czego my, studenci, mamy wolne i tym samym weekend wydłuży mi się o jeden cenny dzień. Dzwoniąc wczoraj do Niej powiedziałam, że oczywiście puzzle są prezentem ode mnie, bo już chciała przelać mi pieniądze, a nie o to teraz chodzi. Nie jestem w stanie zrozumieć choć po części bólu, jaki ma teraz w sobie i mam nadzieję, że te puzzle choć na chwilę oderwą Ją od myśli. Przecież tak bardzo lubiła kiedyś je układać, a w tym czasie Dziadziu rozwiązywał krzyżówki. Tkwi w mojej głowie obraz: mieszkanie Dziadków, duży pokój, ława, a na niej 300 panoramicznych, ołówek (koniecznie na rysiki), duża gumka i lupa. Te wspomnienia siedzą we mnie, a obraz z teraz – pusty stół, bardzo boli. Zapach wody kolońskiej też już się ulotnił, ale woda została w łazience, razem z pianką do golenia i dezodorantem. Ostatnio spędziłam w tej łazience kilkanaście minut z butelką wody kolońskiej pod nosem. Brakuje mi tego zapachu i czułych uścisków. Tych spontanicznych buziaków, kiedy siedzieliśmy razem na kanapie i rozmawialiśmy o książkach albo rozwiązywaliśmy krzyżówki.
- Kochana, jak się nazywa utwór ćwiczebny na przykład na skrzypce? – spytał mnie któregoś razu.
- Etiuda – odparłam.
- Pasuje. No widzisz, jak dobrze, że się na tym znasz!

Bo kochanie było zarezerwowane wyłącznie dla Babci. Byli, jak papużki nierozłączki. Wszędzie razem. Rzadko się spierali. Szybko godzili. A teraz, w dniu, kiedy Jego zabrakło, wskazówki zegara na piecu kaflowym zatrzymały się, a palma, którą podarował szkole, w której pracuje mama, uschła.
I jak tu nie wierzyć w Boga?
Teraz pamiętam tamten dzień. Jechałam z tramwajem numer 23 i powiedziałam: W takich chwilach wątpię w Boga.
Nie w jego istnienie. W niego samego. I modlę się za niego.

Dziś wszystko jest inne. We Wrocławiu myśli przychodzą wieczorem, kiedy mieszkanie cichnie, a księżyc przedziera się przez żaluzje do pokoju.
I ten koncert rozdzierający serce.

Za rzadko mówiłam Mu, że kocham.

Teraz wszystko inne zeszło na dalszy plan, ale obecność Żółwia zdaje się dobrze działać na mój nastrój.

A jutro przyjęcie urodzinowe bratanicy. Życie toczy się dalej.

Pamięci Dziadzia Czesia

Od poprzedniego posta wydarzyło się sporo niedobrego. Pisałam wcześniej coś o wielkiej pustce?
Błąd. To, jaką pustkę obecnie noszę w sobie, ciężko opisać. Dwa dni po pogrzebie A. poszłam na uczelnię. Poniedziałek. Rano telefon od mamy:
- Jak tam łacina? – zapytała.
- Nauczyłam się, ale mam dopiero po południu.
- To zadzwonię później, pa.

Nie zdążyłam powiedzieć czegokolwiek.

Łacina poszła mi dobrze, póki co – odpukać, nie narzekam. Pod koniec zajęć mama znów zaczęła do mnie dzwonić. Nie mogłam wyjść z sali, więc wyłączyłam wibracje. Po wyjściu z budynku wyciągnęłam z torby telefon. Dwadzieścia nieodebranych połączeń. Oddzwaniam.

- Cześć, dzwoniłaś do mnie tyle razy. Co jest? – zapytałam z entuzjazmem wywołanym kartkówką z łaciny.
- Izuniu … [nie usłyszałam dalszej części, bo akurat obok przejechał tramwaj]
- Co mówiłaś? – powtórzyłam z radością w głosie, chcąc podzielić się dobrą wiadomością. Ale to nie ja miałam ważną wiadomość.
- Izuniu, dziadziu Cz. zmarł dziś rano.
- Co? – zapytałam z niedowierzaniem w słowa, bo być może źle usłyszałam.
- Dziadziu Cz. zmarł.
- Jak to?
- Mówiłam Ci przedwczoraj, że źle wygląda?
- No tak. Ale to niemożliwe. Dlaczego akurat On? – wpadłam w histerię i teraz słyszałam już tylko płacz mamy.
Po dłuższej chwili
- Kocham Cię – usłyszałam przez telefon.
- Co ja mam teraz zrobić? Przyjechać dziś do domu?
- Jeśli możesz, to tak. Gdzie teraz jesteś?
- W mieście. Wyszłam z zajęć. Ale czy to takie ważne?
- Jak łacina?
- Dobrze, na maksa. Ale co ja mam teraz zrobić?
- Przyjadę po Ciebie, bo będziesz cały dzień płakała.
- Mamuś…

Rozmowa trwała jeszcze trochę. Nie potrafiłam się uspokoić. Nagle znalazłam się w ramionach Maluszka. Przed oczami miałam migawki z zeszłej soboty. Jak mnie pocałował w policzek, zrobił pyszną kawę (to był nasz rytuał przed każdym moim wyjazdem do Wrocławia) i przytulał. Nie pamiętam już, jak szybko dotarłam na Horbaczewskiego, ale wzięła mnie pod swoje skrzydła. Zrobiła herbatę. Była przy mnie.
Jak zostałam już sama w pokoju, przeszukałam wszystkie zdjęcia w laptopie i otworzyłam te, na których był Dziadziu. Na każdym uśmiechnięty, z tym samym zamyśleniem na twarzy, ze zmarszczkami, które czyniły Go przystojniejszym. Przyjazna, starannie uczesana siwizna, rozweselone śnieżnobiałe wąsy i duże, mądre i błękitne baronowe oczy. Po Nim odziedziczył je mój tata, stryjek i ja.
Zanim się obejrzałam, było dość późno. Patrząc na zdjęcie załatwiłam w GL nekrolog (jak dobrze ciągle mieć tam przyjaciół). Nie musiałam podawać żadnej treści, a dwa dni później, kiedy się ukazał, zaniemówiłam. Był przepiękny i wzruszający. Trzeba było też powiadomić kilka osób.
Zawsze zastanawiało mnie, jak ludzie, straciwszy kogoś bliskiego, potrafią racjonalnie myśleć i działać. W końcu teraz sama tego doświadczyłam. Po prostu, kiedy brakuje już łez i sił, a rozpacz sięga dna, zaczyna się coś robić, bo w takich chwilach nawet obecność kogoś obok jest bardzo ważna. Nie masz siły i ochoty na herbatę, jedzenie. Nie myśli się o tym. Ale chce się zadbać o każdy szczegół związany z osobą, która odeszła.
Dzień później, razem z bratem, pojechaliśmy do babci i rodziców. Obydwoje nie mieliśmy nic w ustach od poniedziałku, a dojechaliśmy do domu we wtorek po dwudziestej drugiej. Ale nie czuje się głodu. Sił jest mniej, ale kogo to obchodzi. Cały świat zwalnia. Traci kolory i zapachy.
Ale i tak środa była apogeum tego wszystkiego. Rano zjechała się do Krosna rodzina z Cieszyna i Czechowic Dziedzic. Śniadanie u babci. Na drzwiach Ich kamienicy klepsydra. Dreszcze na plecach. W mieszkaniu unosił się zapach jedzenia i wody kolońskiej Dziadzia. Wszędzie widziałam Jego ślady. Kapcie, zakreślone daty w kalendarzu (wizyty lekarskie), zegarek, z którym nigdy się nie rozstawał, już leżał na ławie. Samotny jak każdy z nas tego dnia. Spotkanie z Rodziną, którą widziałam ostatnio dwanaście lat temu było dość przerażające. Jestem małym homofobem, a już szczególnie w takich sytuacjach. Trzymałam się. Wszyscy mnie wspierali. Wiedzieli, że Izunia to wnuczka Cz. Dwie godziny później zrozumiałam te słowa, bo okazało się, że nie raz Dziadziu opowiadał im o mnie. W końcu jako jedyna wnuczka byłam tak blisko. Dosłownie i w przenośni. Spędziliśmy ze sobą bardzo dużo czasu. I tylko jedne kondolencje zapadły mi w pamięci: Wiem, że to był Twój ukochany Dziadziu. I dopiero w tej chwili zdałam sobie sprawę z tego, jak ważne są kondolencje. Zawsze byłam po tej drugiej stronie. Zawsze je składałam. A teraz ktoś przytulał mnie, a ja nie chciałam, żeby ten uścisk minął. A jeśli minie, niech nie ściąga ze mnie bólu. Bo jeśli nie będę czuć bólu, to zacznę mieć wyrzuty sumienia.
Dziś mija 11 dni, od kiedy Jego nie ma. Pojutrze znów Go odwiedzę. Ale Jego twarz ujrzę wyłącznie na zdjęciu, które od tych jedenastu dni mam codziennie przy sobie. Uśmiecha się do mnie, promienieje radością. To zdjęcie ze zjazdu krakowsko-krośnieńskiego. Siedzimy przy stole. Ktoś Go rozśmieszył.

A teraz On rozwesela Pana Boga.

Ciężko jest pożegnać się z kimś tak bliskim. Czy to w ogóle jest możliwe? Jeszcze nie usunęłam Jego numeru telefonu. Nie potrafię. Ciągle mam nadzieję, że się odezwie. Że cofnie się czas. Że ciągle mi się to śni.

Katharsis III

Pora się oczyścić, wyrzucić emocje.
Zła wiadomość trafiła mnie niczym piorun w czwartek o 16.48 w tramwaju linii 22, między Młodych Techników a Jana Pawła II.
- A. zmarła dziś rano – wybrzmiało w telefonie wprost do mojego ucha.

Pierwsza myśl – dlaczego akurat dzisiaj? Przecież to zwykły, brzydki, szary i zimny dzień. Dlaczego akurat teraz? Druga – jechałam właśnie na spotkanie. Co teraz? Odwołać i biec na dworzec? Będę w domu dopiero koło północy.

Poszłam na to cholerne spotkanie. Teraz wiem, że wtedy jeszcze do mnie nie dotarło to, co się stało. Wypiłam kawę czekoladową, oblizałam usta i znów wsiadłam w tramwaj, tym razem nr 3.
W domu wyciągnęłam spod łóżka torbę. Bluzka, kosmetyki, bielizna, portfel, książka Gretkowskiej i odtwarzacz mp4. Zdałam sobie sprawę, że nie mam wystarczająco dużo pieniędzy na bilet. Jedyna gotówka jaką miałam, to ponad osiemset złotych na kaucję i czynsz za mieszkanie. Wzięłam więc pięćdziesiąt złotych i nazajutrz o piętnastej wsiadłam w autobus relacji Wrocław – Zielona Góra. Na szczęście zdążyłam wskoczyć na zielonogórskim dworcu w krośnieński autobus i tym sposobem piętnaście po ósmej byłam w domu. Dopiero jadąc na dworzec we Wrocławiu poczułam tą pustkę. Stratę. Kupiłam chusteczki higieniczne, które bardzo się przydały.
Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego w sobie. Takiego nic, które rozpiera całą duszę i zapiera dech w piersiach. Nic, które niszczy, niweluje głód i spędza sen z powiek. Przenikająca umysł pustka.
Spałam z mamą, bo w moim pokoju nie ma już łóżka. Nie mogłam zasnąć. Na TVP Polonia leciał polski film, później na Jedynce druga część “Karola”. Wyłączyłam telewizor.
Nie wiem, czy to wynik mojej wyobraźni, czy siły nadprzyrodzone sprawiły, że zobaczyłam Ją. Stała w dużym pokoju. Spokojna, z wyrazem twarzy, który miała, kiedy Ją poznałam. Z przerażeniem zamknęłam oczy i przewróciłam się na drugi bok. Uchyliłam powieki i zobaczyłam Jej twarz między mną a moją mamą. Wyglądała, jakby spała. Miała podkrążone oczy.
Dzień pogrzebu był najgorszy z tego wszystkiego. Ludzi przyszło tyle, że zmieścili się w małej kaplicy, ale sama nie była osobą, która ma liczną rodzinę. Nie chciałam wejść do środka. Stałam z dwoma czerwonymi różami oplecionymi czarną wstążeczką. Kolce przebijały się przed czerwone rękawiczki.
Jej zimna dłoń.
Pamiętam, jak wczoraj nasze pierwsze spotkanie. Przyszłam do Niej z obiadem. Pełna życia, trochę zgorzkniała, ale okazało się, że to po prostu jej pancerz przed ludźmi. W głębi duszy była wspaniałą i ciepłą kobietą, sukcesywnie niszczoną przez nowotwór.
Kiedy widziałam Ją po raz ostatni, była w szpitalu. Słaba, zdenerwowana. Chcę do domu – powtarzała z uporem trzylatka. Nie chcę siedzieć w tym pokoju z rośliną (pacjentką vis a vis Jej łóżka).
- Iza, jaki dziś dzień?
- Piątek – odpowiedziałam.
- Kłamiesz.
- Asia, jaki dziś dzień? – pytanie tym razem skierowała do mamy.
- Piątek.
- Nieprawda. Dzisiaj jest poniedziałek.
- Nie – na dowód tego pokazałam Jej kalendarz w telefonie.
- Nie może być piątek, jest poniedziałek. Dzisiaj dostanę pieniądze – orzekła.
- Tak, dostaniesz w poniedziałek, po weekendzie – zapewniła ją mama.
- Zjadłabym sernik. Tutaj jest okropne jedzenie.
- Wiedeński może być?
- Tak. Chcę. Szybko.

Więc szybko pognałam do cukierni, która jest niedaleko szpitala. Kupiłam spory kawałek sernika wiedeńskiego i poprosiłam, żeby go pokroić na małe kawałki.

- Proszę. Oto sernik, o który prosiłaś – położyłam owinięte w papier ciasto na szafce i wyciągnęłam kawałek. Dopiero wtedy zauważyłam, że A. czeka już z łyżeczką w ręku.
Jadła szybko, jak na chorą. Widać było, że naprawdę była głodna i miała ochotę na coś słodkiego. Nagle, w pół kęsu, odsunęła łyżeczkę od ust.

- Obiecaj, że jutro będę już w domu.
- Porozmawiam z lekarzem. Zobaczę, co da się zrobić.
- Obiecaj.
- Najpóźniej w poniedziałek może być?
- Tak.
- Obiecuję.
- Dziękuję.

To dziękuję było bardzo trudnym do przetrawienia dla mnie słowem. Dźwięczało mi w głowie. Wychodząc ze szpitala płakałam. Wiedziałyśmy, że argumenty typu: tu masz doskonałą, całodobową opiekę są beznadziejne. Nie dla Niej. Zresztą to, że była w szpitalu było konsekwencją nagłego pogorszenia się zdrowia. Skoro i tak potrzebowała całodobowej opieki, mogła być w domu. I tak się stało. W poniedziałek do A. przyjechała synowa. I tak było niecałe trzy tygodnie. Aż do czwartku.

Zdziwił mnie sam pogrzeb. Miałam wrażenie, że oprócz mnie nikt nie płacze. Synowie z żonami byli na proszkach. Usłyszałam tą cholerną trąbkę zza pleców. Gdy podeszłam, żeby położyć róże na innych kwiatach, świat nagle się zamazał. Ktoś chwycił mnie w ramiona. Potem odeszłam dość daleko, a po kilku minutach dołączyłam do rodziny i pojechaliśmy na obiad. Zaczął padać deszcz.

Od tamtej chwili wszystko było nijakie. Nijaka słona zupa, nijaki kawałek kotleta. Nijaka herbata.
Wpół do czwartej miałam powrotny autobus. Nie przyjechałam do domu na weekend, a zaledwie na pół dnia. Świeciło słońce przez chwilę.

Teraz jest niedziela wieczór. Siedzę, a w uszach Preisner (właściwie van den Budenmayer, bo słucham muzyki z Czerwonego). Pustka ta sama, ale zostaje gdzieś w tyle. I zastanawiam się, czy nie powinnam mieć wyrzutów sumienia, że za miesiąc wszystko wróci do wcześniej ustalonej i wyrobionej normy.

Ona by tego chciała?
Gówno prawda. Nie wiem, czego by teraz chciała, oprócz sernika wiedeńskiego.

Odezwał się.
Zdałam sobie sprawę, że nie potrafię tak po prostu zniknąć i nie zniosę, jeśli On to zrobi. Lepiej się czuję, jak jest nawet daleko, aniżeli w ogóle Go nie ma.
Przysłał mi piosenkę La Ballade Lady and Bird pod pretekstem co na ten temat myśli przyszła pani muzykolog? Ucieszyłam się, ale słysząc piosenkę, a później, w nocy (swoją drogą nieprzespanej) skupiając się na tekście, rozpłakałam się. Znając Go, czekałam na ciąg dalszy. Chciałam. Nazajutrz przyszedł mail, a w nim trzy piosenki. Słowa wdarły się w duszę. Bezlitośnie. Bartosiewicz śpiewała głosem Żółwia. Rozgrzeszała, tłumaczyła, doradzała. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Kolejna noc ze słuchawkami w uszach. Kolejna, kiedy zasnęłam o czwartej nad ranem.
Dziś obudziłam się przed trzynastą. Myślałam, jakie piosenki wysłać w odpowiedzi. Czy “nasze”, żeby powspominał, czy nowe, żeby zrozumiał i wiedział, co czuję. Wyszło pół na pół.
Tęsknię za spacerem, trzymaniem się za ręce. Za wielogodzinnymi rozmowami, sporami dotyczącymi muzyki. W dalszym ciągu nie umiem grać w szachy. Miał mnie nauczyć. Nie zdążył. Co mnie czeka?
Nie spodziewałam się Jego odpowiedzi w poprzednim poście, a zważywszy na godzinę, o której ją napisał, myślałam wtedy o Nim, słuchając Bartosiewicz.
Dlaczego nie rozmawiamy ze sobą zwyczajnie, tylko piosenkami? Bo tak jest łatwiej, można wyrzucić z siebie emocje, co – zgodnie z Jego wpisem – może być naprawdę bardzo męczące. Później człowiekowi przez chwilę jest lżej, ale z upływem godzin powraca myśl co dalej?
Chciałabym przespacerować się na Strzelecką, porozmawiać. Wyjaśnić to, co nie zostało dopowiedziane. Nadrobić i zaspokoić tęsknotę i pustkę. Bo to strasznie uwiera. Ciężko jest po prostu zapomnieć po tylu wspaniałych chwilach. Był przy mnie zawsze. Matura, egzamin na studia, pierwsze dni na uczelni, kolokwia, egzaminy. Cieszył się z sukcesów, a w razie porażek dopingował. Czułam, że mam kogoś, kto mnie rozumie nawet z odległości dwustu kilometrów.
Co dawałam Mu od siebie, że tak się do siebie przywiązaliśmy?

To sentymentalne, ale nie mogę zapomnieć nas wtedy. Z jakąś nieśmiałą obawą dotykaliśmy swoich rąk, skrzydeł egzotycznych ptaków. To powraca do mnie, jak motyw śmierci. Tak świeże były nasze ciała, tak czyste. Kim, jak nie dziećmi byliśmy? To jak zadra tkwi w mej pamięci.
SDM

Kto tam u Ciebie jest?

Minął już prawie tydzień od inauguracji roku akademickiego 2009/10. Bilans – dwa referaty do przygotowania w weekend. Na historię baroku o Asprilio Pacellim, który zmarł w Warszawie i komponował madrygały (kolejność rzecz jasna odwrotna) i na antropologię muzyczną o roli i znaczeniu muzyki w reklamie. Najpierw jednak czeka mnie przetłumaczenie artykułu na ten temat z niemieckiego, a później zebranie wniosków i zreferowanie. Udało mi się też znaleźć i ściągnąć wywiad ze wspaniałym jak dla mnie Maćkiem Zielińskim, który wypowiada się dla Briefu, tłumacząc to zjawisko i przybliżając proces dobierania bądź komponowania muzyki do spotów. Mam nadzieję, że moi muzykolodzy z roku będą usatysfakcjonowani. Temat ciekawy, materiałów jest też sporo i to z różnych źródeł.
A co jeszcze na uczelni? Jutro pierwszy wf, czytaj: callanetics. Udało mi się trafić do tej grupy razem z i Maluszkiem. Oprócz tego zdecydowałyśmy się co do fakultetu. Tym razem padło na wiedzę o komunikacji. Miejmy nadzieję, że przynajmniej jeśli chodzi o lojalność i sposób prowadzenia zajęć przez wykładowcę, jak i jego podejście do nas, będzie znacznie odbiegać od wiedzy o plastyce, która najbardziej odcisnęła na mnie swoje piętno.
Poza tym zostało nas niewielu, na zajęciach jest więcej pustych krzeseł, a na korytarzu nasze rozmowy znacznie ucichły. Ma to swoje dobre, jak i złe strony. Czuć na studiach jeszcze większą kameralność, niż dotychczas. Było nas trzydziestu na pierwszym roku. Teraz niespełna trzynaścioro. Wykładowcy zmienili do nas podejście, są bardziej otwarci i spontaniczni. Przynajmniej ci zeszłoroczni.
Przeraża mnie jedynie proseminarium i coraz bardziej zwiększająca się presja wybrania specjalizacji. Wiem, co chciałabym robić w przyszłości, ale ciężko o tym napisać pracę licencjacką, bo o krytyce muzycznej bądź o wpływie muzyki na ludzi czy jej odbiorze u laików powstało sporo publikacji i ciężko odkryć coś nowego. Można jedynie przeprowadzić nowe badania. Mimo wszystko konkretyzacja samej siebie nie jest taka łatwa. Ma się bowiem świadomość, że klamka zapadła. I później czapa. Zostajesz zaszufladkowany, przydzielają ci profesora, badasz, skrobiesz, główkujesz i wypociny do szuflady. Koniec. A właściwie początek zaszufladkowanego życia. Nie przeszkadza mi to, ale ciężko mi teraz dokonać wyboru.
Ale żeby do tego wszystkiego dojść, trzeba na przykład przebrnąć przez lektorat łaciński. A już się zaczęło. W poniedziałek sprawdzian z tabeli czasów. Czuję, że żyję, a nie wakacyjnie nic nie robię. Budzik bezlitośnie wyje od siódmej trzydzieści, czym zyskuje wyłącznie moją dezaprobatę, co niekiedy jest brzemienne w skutki, jak na przykład dziś. Zaspałam. Wprawdzie i tak byłyśmy na czas w katedrze, ale to tylko dzięki zamieszaniu wywołanym w związku ze źle przydzielonymi salami.

***

Ostatnio mi odbiło. Włączyłam Upojenie Jopek i przeglądałam zdjęcia z Żółwiem. Popłakałam się. Natychmiast ze swoim ramieniem zjawiła się . Uspokoiłam się. Ale natrętne myśli nie dają spokoju.
Czy ja grzechoczę jak grzech
Kostka lodu?
Kto tam u ciebie jest
Od wschodu do zachodu?

Ręce mam teraz bardziej spokojne
Do miasta już tak się nie rwę
Wciąż lubię wiatr i trochę czytam
Myślę o śmierci, zanim zasnę
Bo to jest, być może, powrót
Jestem wciąż niejasna, niesyta

Czasem dzwonisz w nieważnej sprawie
I to jest prawdziwy test
Nic już nie wiem, nie pytam prawie
I tylko ten stuk, ten stukot w głowie
Kto tam u ciebie jest?
Kto tam jest?

Agnieszka Osiecka, Kto tam u ciebie jest…

Co On teraz robi? Jak się czuje?
Ja dochodzę do siebie. Pogodziłam się z rzeczywistością. Było. Nie wróci. Ale boli. A cisza mnie zabija. Z drugiej strony, jeśli nawet by zadzwonił, co bym powiedziała? Że jest dobrze, że czuję się świetnie, układam swoje życie na nowo. Bez Niego. Guzik. Szkopuł w tym, że nie jestem w stanie przewidzieć, co bym powiedziała. A On i tak by znał prawdę słysząc mój głos.

Może, gdyby…

Koncert z TSKŻ Żary nie dojdzie do skutku, bo zabrakło mi czasu. I zaniemogła, ale rodzina powinna być najważniejsza i cieszę się, że dla Niej jest. Zanim zaproponowałam to komuś innemu, chociaż ciężko mi było sobie to wyobrazić, doszłam do wniosku, że i tak będę w tym czasie we Wrocławiu. Kilkaset złotych przeszło koło nosa (a właściwie przejdzie, bo koncert miał być 27. września).
Za to odbył się inny koncert. Jak co roku, żeby tradycji stało się zadość, organizatorzy festynu w Gubinie wysłali do nas zaproszenie. Przyjęliśmy. Oto namiastka (zdjęcie zrobione przez moją mamę podczas Windy do nieba, rzecz jasna w moim wykonaniu).
gubin_scena
Świeciło przeokropnie. Ze sceny zeszliśmy mokrzy, ale szczęśliwi.
Poranne słowne rzucanie nożami z tatą spowodowało, że miałam podpuchnięte oczy, nos i usta (ale nie od pobicia, żeby nie było niedomówień), a na festynie znalazłam się dlatego, że ktoś o to mnie poprosił. Ale dałam z siebie wszystko i wyszło naprawdę bardzo dobrze. Bo brawa w środku występu i to podwójne zdarzają się rzadko, szczególnie na tego typu imprezach.

5770

Rosz Ha-Szana lada dzień.
Jak to Nowy Rok, przynosi ze sobą niespodzianki.
Zadzwoniła dziś do mnie rabinka z zaproszeniem na uroczystość Rosz Ha-Szana do Krakowa. Niestety musiałam odmówić. Brak czasu i możliwości.
Ale poza tym…relacje z przyjaciółmi ze stowarzyszenia jakoś się zmieniły, kilka miesięcy nie mieliśmy ze sobą kontaktu. Rabinka określiła to dziś w rozmowie jako nieporozumienie. Może faktycznie tak jest. Bardzo chcę pojechać do Krakowa i wszystko wyjaśnić. Ale do tego potrzebuję kameralnego grona i odpowiedniego momentu. Dostałam zapewnienie, że odbędzie się rozmowa tylko między mną a M., rzecz jasna w obecności rabinki, bo to Ona dziś zadzwoniła i zatroszczyła się o mnie.
Popłakałam się słysząc: Izuszka, nie bojaj się, mnie nie musisz się bać. Przyjedź. Porozmawiamy. Będzie dobrze. Lubię Cię. Tęsknimy tutaj.
Czego miałabym się bać? Faktycznie zaszło nieporozumienie. Moja sympatia do J. (czysto przyjacielska – a ostrzegałam Jego, że to może różnie wyglądać) została źle zinterpretowana. Do tego doszło dużo wina. Potem to już runęło wszystko, nie wiadomo było, z której strony to łatać. Wtedy też w Czarnieckim mieszkaniu zgubiłam swoją magen David. A dziś rano, robiąc porządki, znalazłam prezent od Luizy. Inną magen. Kilka godzin potem zadzwoniła r. Tanya. Teraz wiem, że to był znak.

Kochani! Już dziś życzę Wam SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU 5770, SHANA TOVA! :)

I z przymrużeniem oka :) :

I niby to był zwykły wtorek?

O, przysięgam! Gdyby nie kojąca wizyta Grzesia i uspokajająca rozmowa z Denisem i , a na deser telefon od Żółwia, wyszłabym z siebie i stanęła obok.

Zaczęło się niewinnie, a jak!
Telefon od Aś:
-Halo?
-No hej, Izuś!
-Hej kochana, co jest?
-Siedzisz?
-Nie, wracam z pks-u, Grześ u mnie dziś był.
-Aha, ale usiądź.
-Spoko. (oparłam się o barierkę na moście)
-Właściciel podniósł nam czynsz do trzech tysięcy.
(…)
Rozmowa jeszcze trwała, bo zaczęłyśmy obmyślać plan brzemienny w skutki: albo uda nam się wynegocjować rozsądną podwyżkę (jeśli jest już ona aż tak konieczna, trudno się mówi) albo musimy szukać czegoś innego. Cholera jasna! Znów przeprowadzka? Nie. Szukamy pracy, ja składam wniosek o kredyt studencki i po prostu MUSZĘ go dostać, a od lutego wszystko się ułoży. Ale jeden semestr trzeba jakoś przeżyć.
Mało tego.
Weszłam na czat Radia Zachód. Tam, gdzie poznałam Żółwia. Były dwie osoby płci żeńskiej, sam Żółw i redaktor. Dwaj ostatni opuścili czat, a Żółw rzucił coś w rodzaju: redaktor poszedł, ja też więc idę, bo nie ma już tu nikogo ciekawego.
Zabolało, oj. Bardzo zabolało. Puściły mi nerwy. Nagadałam coś tym kobietom o Żółwiu. Czułam jednak, że to jeszcze nie koniec. Miałam rację. Nagle na czat loguje się kto? Żółw, rzecz jasna. Kompromitacja. Kicha. Klops. Apokalipsa. Dno. Żenada. Dobrze mu tak- pomyślałam. Za chwilę zmieniłam zdanie. Jestem kompletną egoistką! Jak mogłam?
Oczywiście nie obeszło się bez echa. Dostałam opiernicz. Bardzo słuszny. Ale mimo wszystko trochę było mi lżej na sercu, nawet jeśli zostałam przez Niego skrzyczana. Przekonałam się, że jakieś emocje jeszcze są. Przeprosiłam, bo nie dawałoby mi to spokoju. Poza tym On wygarnął mi zdanie, którego do końca życia nie zapomnę, przez telefon, a nie na publicznym czacie. Przegięłam, ale poczułam nietakt. Sprawa została wyjaśniona i załagodzona, z czego bardzo się cieszę, bo nie chcę, naprawdę nie chcę mieć w Nim wroga.

A Grześ? Cóż, kochany jak zawsze. Wtorek tym razem Mu służył. To był zdecydowanie DZIEŃ ZWIERZEŃ (zwierząt?). Cieszę się, bo w końcu usłyszałam face to face coś, czego musiałam się domyślać. Przeżywałam Jego każdą rozterkę sercową. Teraz wiem, dlaczego czułam się podobna do Niego. Bo…jak to ujął, nie pamiętam – może przypomnisz mi w komentarzu? Coś o ideałach. Szukamy ideałów, a z chwil radości czerpiemy, ile się da, czekając na magiczne cdn., jednak tak się nie dzieje i powstaje problem.

Problem powstał, jak dowiedziałam się dziś od Tyny, że Ł. wrócił z Włoch. Niebawem ślub Jego mamy. Gram na nim. Spotkamy się. I co wtedy?
Marmurowa twarz. Skamieniałe łzy. Będę silna. Potrafię. Chcę?

Walia Walią, ponad dwudziestosześciogodzinny powrót samochodem do domu zakończony powodzeniem. Dzień odpoczynku i w Legnicy przywitał mnie Maluszek. Następnie Wrocław i spotkanie z i Jej Mrówką (bez podtekstów seksualnych, przypominam, że tak został ochrzczony Jej Partner Życiowy). Zobaczyłam swoje, NASZE nowe mieszkanie. Dwa filmy, kawa, frytki z vegetą i nadszedł czas pożegnania na całe dwa tygodnie.
Ciekawa rzecz przydarzyła mi się w autobusie. Może nie powinnam o tym pisać tak jawnie, bo przecież blog nadzorowany był (a może i dalej jest) przez wrocławską policję. Zaryzykuję. Od Nowej Soli jechałam bez biletu. Ale Drodzy Policjanci – nie miałam więcej w portfelu, żeby wykupić na całą trasę, a powiedzieć o tym, że ewentualnie dopłacę na miejscu, nie zdążyłam, bo Morfeusz mnie porwał.
Wcześniej jednak, słuchając radiowej Dwójki, natrafiłam na słuchowisko z ‘84 Ośmiokrotne powiększenie, które gorąco Wam polecam.
Ale wracając z tej dygresji – wróciłam do domu, ale to i tak nie oznacza koniec spotkań i odwiedzin, o nie! Wtorek – Grześ, później mam nadzieję – Musztarda i Sarna. Postanowiłam jednak, że żadne spotkanie wyjezdne w grę nie wchodzi, bo jak zacznie się rok akademicki to długo do domu nie wrócę. Powód? Tymczasowy brak łóżka od pierwszego października, które pojedzie ze mną do Wrocławia. Zostaje dmuchany materac. I zakupy w IKEI.

I wiecie co? Mam gdzieś tą całą przereklamowaną miłość. Pobyt w Walii odmienił mnie. Nawet babcia to zauważyła. Koniec z ładowaniem się w dziwne znajomości. Chcę odpocząć, odżyć. Przypomnieć sobie, jakim uczuciem jest życie. Na początku brakowało mi ciągłych telefonów, smsów. Teraz, kiedy ich nie ma, zwracam uwagę na to, co dzieje się wokół. Życie daje nam znaki. Ja lekceważyłam je przez ostatni rok i zaczynam odczuwać, jak wielkim to było błędem.

Zrobiło się tak górnolotnie. Filozofia życia, co? Owszem. To ważne. Ciekawe, czy przeżyliście coś podobnego. Wstajesz któregoś dnia z łóżka i wszystko się zmienia. Inaczej patrzysz na ludzi, otoczenie, przedmioty.
Zacząć wszystko od nowa? Nie. Wypełnić tylko luki w przeszłości i żyć pełnią.

Wrogowie też są potrzebni – wzmacniają nas.

Wielki powrót

Sobota, godzina 14.30 – planowany czas wyjazdu do Polski. Niedziela, godzina 14 – planowany optymistyczny dojazd do domu.
Walizka spakowana, zdjęcia, prezenty dla bliskich. W głowie poukładane sprawy, postanowienia i nowe zamierzenia.

Starsze wpisy »