Może tak.
Zeszły weekend spędziłam z rodziną. To były zdecydowanie trzy bardzo ciężkie dni. Osobiście jestem pełna podziwu dla Babci, która naprawdę się trzyma, choć mama relacjonuje mi przez telefon, że kiedy zajrzy do Niej, ma czerwone oczy. W poniedziałek miałam okazję spędzić z Nią prawie dwie godziny, czekając na przyjazd rodziców. Pomagałam Babci przygotować obiad, bo zaczęła coś gotować, zapomniała mieszać. Rozmawiałyśmy o wizycie stryja (wujka, ale zgodnie z ustalonymi wcześniej koligacjami zmienił się status na stryja bądź stryjka), o moich studiach, planach, rodzicach i czasach dziecinnych taty i stryja. Dostałam też zadanie specjalne – kupno puzzli, za którymi rozglądałam się we Wrocławiu od przyjazdu i już dwa pudełka wpadły mi w oko.
Do Babci jadę w najbliższy weekend, bo 16. października jest Świętem Uniwersytetu, z tytułu czego my, studenci, mamy wolne i tym samym weekend wydłuży mi się o jeden cenny dzień. Dzwoniąc wczoraj do Niej powiedziałam, że oczywiście puzzle są prezentem ode mnie, bo już chciała przelać mi pieniądze, a nie o to teraz chodzi. Nie jestem w stanie zrozumieć choć po części bólu, jaki ma teraz w sobie i mam nadzieję, że te puzzle choć na chwilę oderwą Ją od myśli. Przecież tak bardzo lubiła kiedyś je układać, a w tym czasie Dziadziu rozwiązywał krzyżówki. Tkwi w mojej głowie obraz: mieszkanie Dziadków, duży pokój, ława, a na niej 300 panoramicznych, ołówek (koniecznie na rysiki), duża gumka i lupa. Te wspomnienia siedzą we mnie, a obraz z teraz – pusty stół, bardzo boli. Zapach wody kolońskiej też już się ulotnił, ale woda została w łazience, razem z pianką do golenia i dezodorantem. Ostatnio spędziłam w tej łazience kilkanaście minut z butelką wody kolońskiej pod nosem. Brakuje mi tego zapachu i czułych uścisków. Tych spontanicznych buziaków, kiedy siedzieliśmy razem na kanapie i rozmawialiśmy o książkach albo rozwiązywaliśmy krzyżówki.
- Kochana, jak się nazywa utwór ćwiczebny na przykład na skrzypce? – spytał mnie któregoś razu.
- Etiuda – odparłam.
- Pasuje. No widzisz, jak dobrze, że się na tym znasz!
Bo kochanie było zarezerwowane wyłącznie dla Babci. Byli, jak papużki nierozłączki. Wszędzie razem. Rzadko się spierali. Szybko godzili. A teraz, w dniu, kiedy Jego zabrakło, wskazówki zegara na piecu kaflowym zatrzymały się, a palma, którą podarował szkole, w której pracuje mama, uschła.
I jak tu nie wierzyć w Boga?
Teraz pamiętam tamten dzień. Jechałam z Aś tramwajem numer 23 i powiedziałam: W takich chwilach wątpię w Boga.
Nie w jego istnienie. W niego samego. I modlę się za niego.
Dziś wszystko jest inne. We Wrocławiu myśli przychodzą wieczorem, kiedy mieszkanie cichnie, a księżyc przedziera się przez żaluzje do pokoju.
I ten koncert rozdzierający serce.
Za rzadko mówiłam Mu, że kocham.
Teraz wszystko inne zeszło na dalszy plan, ale obecność Żółwia zdaje się dobrze działać na mój nastrój.
A jutro przyjęcie urodzinowe bratanicy. Życie toczy się dalej.
