…czyli tym razem nie było spaghetti na obiad, na który została zaproszona ważna dla mnie osoba. W poprzednim przypadku (dość przypadkowym zresztą) spaghetti jako czarna polewka sprawdziło się znakomicie – delikwent zniknął z mojego życia w ciągu kilku kolejnych dni. Dlaczego akurat spaghetti? A to dlatego, że cały się umorusał z nerwów. Czarę goryczy i zażenowania dopełniły lody waniliowe z czekoladą, którą potem spierałam z jego koszuli. Teraz miało być inaczej. Uroczyście, ale nie napuszenie. A jak wyglądała sobota, której W. poznał moich Rodziców i zobaczył rodzinne miasto swojego Słoneczka?
Przede wszystkim sobota była bardzo długa, a zaczęła się dźwiękiem budzika o czwartej piętnaście nad ranem. Prysznic, mycie głowy, kawa i pośpiech (żeby tylko nie spóźnić się na PKS, na JEDYNY bezpośredni autobus do Krosna). Byłam wyspana, ale od piątkowego wieczoru mój żołądek był tak ściśnięty, że nie przyjmował żadnych kojących słów z cyklu: „Będzie dobrze!”. Kilkakrotnie pytałam W. o samopoczucie i nerwy. Ku mojemu zdziwieniu twierdził, że czuje się dobrze i właściwie cieszy się, że w końcu pozna moją rodzinę. Nerwów również rzekomo nie odczuwał. Wydało mi się to podejrzane, ale wprowadziło zarazem w zakłopotanie. Bo skoro On się nie denerwuje, to dlaczego ja nie mogę przestać o tym myśleć? Odciągał moją uwagę, jak mógł – zagadywał, podsuwał krzyżówki, swoją głowę do głaskania, aż w końcu osiągnął swój cel i zasnęłam, a obudziłam się tuż przed Zieloną Górą. Nie było już czasu na nerwy. Trzeba było dobrze się zorganizować, a w końcu w kwestiach organizacyjnych to przewyższam W. co najmniej o zaoszczędzoną godzinę. Przemierzając trasę od Stolicy Wina do Miasta Piastów buzia mi się nie zamykała. Musiałam coś ze sobą zrobić, żeby nie zwariować, a przy okazji opowiadałam o mijanych przez nas miejscowościach i krajobrazach (niestety łącznie z: a tu, po lewej, stoi czerwony samochód, który nie jedzie. Tuż przy nim widać duży, zielony budynek. Sądząc po rozmachu i odcieniach, jest to siedziba ZUS-u). W. śmiał się, zasypywał buziakami i pytaniami jednocześnie. Nie wspominaliśmy ani słowem o celu naszej wizyty (Naszej Decyzji).
Ale prawdziwy galimatias zaczął się dopiero w Krośnie…i to na samym PKS-ie. Kiedy autobus już zatrzymywał się, żeby nas wysadzić, kończyłam opowiadać, że tu, nad Odrę, chodzi na spacery moja babcia i chętnie kupuje lody, żeby na ławce, patrząc na rzekę, zjeść i mieć z tego wielką radość. Skierowałam swój wzrok na budkę z lodami i kogo zobaczyłam? Babcię we własnej osobie. Najpierw chciałam się schować i nie wychodzić z autobusu, ale to groziło podróżą do Słubic, z których z pewnością nie zdążylibyśmy na obiad do Rodziców. Obecne w mojej głowie resztki zdrowego rozsądku kazały mi wysiąść (i to pędem), przywitać się i przedstawić W. Tak też zrobiłam. Zapoznaniem tym zaskoczeni byli obydwoje. Babcia – bo się ani mnie, ani W. w Krośnie nie spodziewała, a W. … zaskoczony był pewnie tempem zapoznawania baronowych osobistości. Bo mieli być Rodzice, a nie starszyzna na pierwszy ogień. Ale skoro pomyślnie przeszliśmy tą próbę (choć babcina powściągliwość wzięła górę), mogliśmy oddać się spacerowaniu. Byłam pewna, że jak tylko babcia wróci do domu, od razu zadzwoni do Rodziców, że już jesteśmy (i pewnie doda coś od siebie – pytanie, co). Spacer miał być sposobem na ukojenie nerwów. Wszystko niespodziewanie rozładowała…kwiaciarka. Weszliśmy do przydomowej kwiaciarenki, bo W. chciał kupić róże dla mojej Mamy. Wybieraliśmy dłużą chwilę i dyskutowaliśmy o tym, czy mają być z przybraniem, czy bez.
- Jeśli chcesz, żeby jej się spodobały, weź bez – przekomarzałam się.
- Dobrze, wezmę bez, jeśli tak – odparł W.
- Szczerze mówiąc ja też wolę bez przybrania – wtrąciła nagle kwiaciarka – wtedy kwiatów nic nie przytłacza.
- Zgadzam się, dla mnie róże są piękne same w sobie i nie potrzebują tasiemek i folii – odpowiedziałam.
Po chwili ciszy kwiaciarka znów się odezwała:
- Ja przepraszam, że zapytam, ale państwo są do siebie bardzo podobni. Czy państwo jesteście rodzeństwem czy małżeństwem? – zapytała bardzo nieśmiało, ale z uśmiechem.
Nie wiedzieliśmy, co odpowiedzieć. Trafiło nam się to już kolejny raz (łącznie z tym razem, kiedy to córka naszych warszawskich znajomych stwierdziła, że jestem siostrą „wujka”). Odpowiedź zostawiłam W., bo sama nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani słowa.
- My… – zaczął nieśmiało – małżeństwem jeszcze nie jesteśmy, ale rodzeństwem to na pewno nie – skwitował uradowany.
- Proszę mi wybaczyć, ale to podobieństwo jest udejrzające.
- Nic nie szkodzi, nie pani pierwsza zwraca na to uwagę, ale w sumie to bardzo miłe – kontynuowaliśmy swoje wyjaśnienia.
Kiedy ostatecznie udało nam się rozwikłać kwestie braku pokrewieństwa, podobieństwa, owalu twarzy i kształtu oprawek, wyszliśmy z kwiaciarni i udaliśmy się prosto na obiad, trochę już głodni mimo wszystko. W. ciągle utrzymywał, że czuje się świetnie i nerwów nie czuje. Właściwie to zazdrościłam mu i podziwiałam jednocześnie. Na powitanie ucałowanie rąk Mamy, piękne kwiaty i przywitanie. Kawa, sernik i…rozsypany cukier. Tradycji stało się zadość - szepnęłam, kiedy pełen konsternacji W. błagalnym wzrokiem prosił mnie o pomoc w zlikwidowaniu katastrofy. Po uratowaniu sytuacji i krótkiej rozmowie o wszystkim i niczym we czwórkę, nastąpił podział – ja z Mamą poszłyśmy do kuchni skończyć przygotowanie obiadu, a W. został z Tatą (prawie, jak rzucony na pożarcie - pomyślałam, odchodząc od stołu). Obierając ziemniaki słyszałam tylko męskie szepty i jedno zdanie W.: „Szanuję Pana zdanie, ale nie mogę się z tym zgodzić.” Nie miałam pojęcia, o co chodziło (czy o politykę, czy o nasz związek czy może o zjawisko El Nino albo o prawa miejskie Krosna), ale nie brzmiało to dobrze, choć było wypowiedziane spokojnie.
Na obiad była wyczekiwana przez wszystkich wątróbka z cebulą, kiszona kapusta i ziemniaki. Dopiero wczoraj, w rozmowie z mamą, dowiedziałam się, że tata chciał spaghetti (właśnie jako czarną polewkę), ale ostatecznie się rozmyślił i postanowił dać W. szansę. Było naprawdę miło, nie pojawiła się niechciana niezręczna cisza. Naprawdę mieliśmy o czym rozmawiać i nikt się nie krygował. Po obiedzie Tata wyszedł po angielsku, ale dzięki temu ja, W. i Mama usiedliśmy w moim pokoju i miło spędziliśmy ponad godzinę. Był śmiech, rodzinna historia, wpatrywanie się we mnie i dużo relaksu. Działo się jeszcze to i owo, zanim wyruszyliśmy tego samego dnia w drogę powrotną. Spotkałam kolegę ze szkolnej ławki, z którym przegadałam całą drogę z Krosna do Zielonej Góry, a szkolne anegdoty zwiały mi smutek i zmęczenie z twarzy.
Byłam smutna, bo W. pokrótce opowiedział mi, o czym rozmawiał z Nim mój Tata. Wiem, że cała nasza czwórka nie wie, jak to będzie, ale my chcemy być ze sobą i jesteśmy w stanie dużo dla siebie znieść, a Rodzicom wszystko udowodni czas. Nie przekonają Ich Nasze słowa, a to, że po prostu będziemy razem. To, co mieliśmy Im powiedzieć, zostało powiedziane. Wszystko wiedzą. Zauważyli naszą Miłość (to akurat zdradziła mi wczoraj Mama), więc jest spokojniejsza. Nasza Decyzja – czyli to, że chcemy zamieszkać ze sobą za kilka miesięcy, właściwie samo wyszło naturalnie (bo Rodzice zwyczajnie sami się domyślili).
Po powrocie do Wrocławia W. przyznał, że bardzo się denerwował od samego rana, ale sam nie wiedział, że do takiego stopnia, dopóki nie poczuł, jak Jemu wszystko odpuszcza. A jednak. Nie tylko dla mnie był to ważny dzień. On mnie kocha. Czy moi Rodzice Go polubili? Gdyby tak nie było, Mama nie dałaby nam wałówki na wynos (wątróbka specjalnie dla W. skoro tak Mu smakowała), a Tata wyraziłby jasno przede mną swoją dezaprobatę (chociaż powiedział W., że nie popiera naszego związku). Nie neguje nas, a wiem, że Go polubił, bo z Nim później rozmawiał. Popierać nie musi – w końcu wie, o co chodzi.
P.S.
Ale nie musieliście trzymać się potajemnie stopami pod stołem podczas obiadu. Trzeba było złapać się za ręce albo przytulić! - tak skwitowała wczoraj naszą partyzantkę Mama. W. – mówiłam Ci, że przed Nią niczego się nie ukryje?
Najnowsze komentarze