Feeds:
Wpisy
Komentarze

wkuwa łacinę. Jutro poprawa.
Przed północą przyszły wyniki egzaminu z filozofii. Zdałyśmy. Ja: 4.0. Kompletnie mnie to zaskoczyło, ale pozostaje tylko się cieszyć.
Dziś idziemy na spotkanie z właścicielem mieszkania, do którego wprowadzamy się formalnie w połowie lipca. Zadbane, wyremontowane, ze znajomymi twarzami w środku. Decyzja podpisania umowy dojrzała we mnie przez noc. Miałam dość dziwne sny, jak zresztą od dawna.
Co do mieszkania, które opuszczamy – ostatnio kobieta ze spółdzielni roznosząc kwitki powiedziała, że zmarła w nim prawowita właścicielka, babcia obecnej, młodej właścicielki. Spadek? Dziękuję. Sama bym w takim mieszkaniu nie mieszkała, więc nie dziwię się, że ona postanowiła je wynająć. Czułam, że ono kryje w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Dziwne? Ludzkie. Dobrze, że nie zakończyła życia gdzieś w sklepie. Serio.

***

Leje deszcz, w nocy była piekielna burza. Przypomina mi się Kraków. Jak też tak padało. Było zimno. A tu sesja. Dwa egzaminy. Całe szczęście, że podeszłam do zerówki z etnomuzykologii Polski, bo bym teraz – zamiast odstresowywania się przy grach onlajn, uczyła się o muzyce Podhala i … innych.

Historia muzyki zdana.
Wchodzę z . Nie pamiętam dwóch zagadnień z renesansu. Wejście odważne, z uśmiechem. Losujemy zestawy. Mój: formy chorału gregoriańskiego; polichóralność. Aś: prehistoryczna muzyka hebrajska; notacja menzuralna biała. Trafiłyśmy, chociaż jednym pytaniem mogłybyśmy się wymienić. Mimo wszystko poradziłyśmy sobie. Było całkiem sympatycznie, czego KOMPLETNIE nie spodziewałam się po drze S. Tymczasem naprowadzał, tłumaczył i cierpliwie słuchał. Polichóralność akurat umiałam perfekcyjnie (ach…Gwizdalanka i Kowalska). Gorzej było z formami chorału, bo nie do końca dobrze opracowałyśmy to zagadnienie, ale z podpowiedzią jakoś poszło. Oby więcej takich egzaminów.

Pisałam już, że nie cierpię egzaminów pisemnych? Pisałam, ale do tego wrócę. Jeszcze przede mną dwa egzaminy plus kontrapunkt, który połowicznie miałam okazję oblać. Czuję się zaszczycona! Naprawdę, bo jak się okazało, NIE ZDAĆ z niego to sztuka. Prawdziwa. Dziwnie. Nigdy nie przeżyłam czegoś takiego. Upokorzona, wdeptana (i zdeptana) i bardzo niedowartościowana. Co się dzieje? Iz, to tylko kontrapunkt. W porządku, ale lepiej czułabym się z marnym 3.0 niż poprawką za tydzień. To mnie rozbija. Jestem przekonana, że będę bardzo się tym stresować, chociaż i tak to umiem. Więc dlaczego nie zaliczyłam? Dobre pytanie. Wszyscy, którym tłumaczyłam, zaliczyli. A ja nie. Cieszę się, że pozdawali, bo wiem, że następnym razem do mnie wrócą po pomoc. O. dzisiaj napisała do mnie: widzisz, tak to jest. Pomagasz innym, a sama dostajesz po dupie. Racja. Dostałam, zabolało, ale jestem dumna, że komuś przydały się moje wskazówki. A ja sobie poradzę. Zawsze wstawałam, jak upadłam. Czasem to trwało, ale nigdy się nie poddałam. Bo słabość jest oznaką ludzi tchórzliwych.
Ale nie powiem, łzy w oczach mam.

Żółw coś nie może się zdecydować. Dzwoni, nie dzwoni. Pewnie myśli.

Where are you my angel now?

Smutno mi, Boże.

Sesja w toku, wszystko póki co pozaliczane i pozdawane i to nie najgorzej. Czwórki i piątki. I wymarzone 3.0 z łaciny.
Ale co z tego?
Świat mi się na głowę wali.
Nie potrafię się porządnie skupić. Dzisiaj, w dniu egzaminu z filozofii i kolokwium-egzaminu z kontrapunktu (Ciężko stwierdzić, co to było. W każdym razie ewentualna poprawa jest we wrześniu, więc wygląda to na egzamin, ale egzaminem wg karty egzaminacyjnej nie jest), wstałam ze łzami w oczach. I wcale nie chodziło o brak wiedzy, bo jakąś posiadałam. Mniejszą, niż Maluszek, ale raczej niezłą. Oczywiście, jak zwykle się stresuję. Nienawidzę pisemnych egzaminów i tego c z e k a n i a. Już mi się godziny ciągną, a sprawdzanie potrwa dobry tydzień, patrząc na zeszły rok.
Z Żółwiem się strasznie pogmatwało. Chciałam to wyjaśnić, nie odbiera. Raz dzwonił, byłam na egzaminie. Boję się Go stracić. Nie chcę. Nie potrafiłabym.

Czas sesji to czas ważnych decyzji, szybkiego i częstego picia kawy. Małej ilości snu i przeciwstawnej temu dawki nerwów. Idzie się wykończyć.
Lubię ten moment, kiedy wychodzi się z egzaminu z indeksem i wpisem. Pozytywnym. Studiuję krótko i nie miałam okazji wyjść z wpisem n.zal..

Trzymajcie kciuki za moją sesję i powiedzcie, że będzie dobrze. Trywialne, ale pomaga.

Jak bajka . Popierniczona, miks wszystkich bajek, kreskówek i animacji, jakie tylko wpadną do głowy. Niespodziewane zwroty akcji, Czerwone Kapturki transwestyci i wszystko inne właśnie tego rodzaju. Dziękuję! :* Pomogło.
Żałujcie, że nie macie w nocy, kiedy Wam smutno, samotno i płaczliwo (odmiana celowa) i Maluszka.

Pozory mylą. – Post deleted.

Maluszku, byłam kretynką.

Przepraszam.

Ach, ten SDM!

Cztery dni z przerwami na sen i wyjścia z mieszkania. Sporadyczne. Po jedzenie albo do brata. Jednorazowo. Nie mogę się oderwać. Przecież znam ich piosenki – myślałam. Okazało się, że nie całkiem. Odkryłam w nich coś nowego. Bardziej osobistego.

Żeby zbyt trywialnie nie było, pochwalę się, że jutro kolokwium z łaciny (które to już?). Opanowałam gramatykę z Coniunctivem włącznie i mam dość. Słówka odpuszczam, nie ma co. Poprawa za tydzień. A jutro wyniki poprzedniej. Ciekaaawe.

Chciałam zacząć uczyć się z historii muzyki, ale brakuje mi czasu. Dni pochłaniają sprawy bieżące, szlifowanie prac zaliczeniowych, kolokwia (ha!) i na przykład dziwny konspekt z ww. historii. W międzyczasie oglądam filmy. Tłumacząc sobie, że trzeba się odstresować. Tak. Atopowe znów mnie atakuje niemiłosiernie. Swędzą mnie ręce, nogi, szyja i brzuch. Mało? A, bo ja wiem…bywało gorzej. Ale robi się ciepło i będzie kicha. Bo od słońca wcale remisja nie przyjdzie. Ale po co się użalać? Moja skóra protestuje na samą myśl o sesji. Jeszcze dwa tygodnie i zacznie się stresowanie, nieprzespane noce i wzmożona praca organizmu.

A później wakacje…

W rzeczy samej. Najpierw jednak sesja. Ała!

Tym, którzy zamierzają zdawać na wrocławską muzykologię chciałabym powiedzieć, żeby dobrze zastanowili się nad kwestią, kim jest muzykolog. Jeśli lubicie grać, nie polecam. Jeśli natomiast lubicie teorię, harmonię i muzykę klasyczną (tak, zdarzają się u nas tacy, którzy nie przepadają, ale zostawię to do oceny profesorom na egzaminach), to serdecznie zapraszam.
Mnie tam się podoba, bo poszerza horyzonty, a w przypadku łaciny – rozwija umiejętność szybkiego uczenia się (nauka na ostatnią wejściówkę zajęła mi trzydzieści sekund!) i mocnych nerwów.
A teoria jest w porządku. Trzeba tylko na samym początku mieć tę świadomość, że muzykolog to ktoś, kto ZNA się na muzyce (od zarania dziejów) i przeważnie specjalizuje się w jednej, wybranej dziedzinie.
Z tego, co zauważyłam wśród moich profesorów, muzykolog ma PASJĘ. I niezłe, dośc specyficzne USPOSOBIENIE.

Izanna się wyżyła i wkłada nos w książkę z historii muzyki.

Melancholia. Tęsknota.

SDM – Pod kątem rozwartym

dla Żółwia

Jest jeszcze kąt, dla mnie na ziemi
Kąt jak Twe ramiona rozwarty
I zawsze można biec do Ciebie
Przeczekać burze ostre wiatry

Jestem dla Ciebie piorunochronem
I gradobicie świata tego zbieram
Chcę chronić nas jak tylko umiem
Gdy na zakręcie nasza ziemia

Dobrze ze jest kąt na tej ziemi
Kąt jak Twe ramiona rozwarty
Bo razem raźniej nam rozegrać
Tak dziwnie rozdane karty

I lampą ci jestem która oświetla
Gościniec mroczny i wciąż wyboisty
Bo trzeba krok za krokiem iść by być
dla siebie jeszcze bliższym

Zamieściłam w nim uwagę, z którą możecie zapoznać się na ww. podstronie.
W pewnej części jest to wymóg policji, na którą zgłosiłam dwa komentarze, z których jedno okazało się być prawdziwym wołaniem o pomoc i udało się jedną duszę uratować w ostatniej chwili (za co dziękuję wrocławskiej policji). Stało się to trzy miesiące temu. Nie pisałam o tym wcześniej, bo nie wiedziałam, czy mogę.
Całą sytuację zostawię dla siebie, jednak każdy Czytelnik musi być świadomy tego, że jestem odpowiedzialna za treści zawarte na moim blogu, a uwaga dołączona do opowiadania jest dla Waszego dobra. Często bowiem Czytelnik nie potrafi odróżnić fikcji literackiej od rzeczywistości.

Żelazko

Przedwczoraj kable.

wściekła wróciła z pracy. Załagodziłam ją włoską obiadokolacją i czymś tam jeszcze. Ucieszyłam się, że przyszła, bo dzień spędziłam nad pracą z mazurka. Z laptopa sześć godzin śpiewał mi SDM. Podobnie teraz. Odkryłam mnóstwo piosenek, których nie znałam, a miałam w komputerze. No tak, całą dyskografię mam, wszystkie ważniejsze koncerty włącznie. Ale kończąc dygresję – zaczęła się szykować do Mrówki (tak, mam samotną noc sam na sam z telefonem pod poduszką – wiem, że to rakotwórcze, ale niektóre sprawy wymagają poświęceń. Umrze mi pięć tysięcy komórek więcej, trudno). Tak, zaczęła się szykować, prasować. Ja, jak zwykle zresztą, coś opowiadałam, też zresztą nt. komórki i co? I słyszę nagle: spaliłam sobie torbę! Jak to? Normalnie, żelazko za gorące, nie czujesz, jak śmierdzi? Czuję. Cholera! W tym momencie wpadłam w histeryczny śmiech, nawet nieco diaboliczny. Jakie to życie jest przewrotne! Wnioski: Iz, w nowym mieszkaniu musimy mieć normalne żelazko! Spoko, możemy szukać ofert: mieszkanie dwupokojowe z normalnym żelazkiem. :) Fakt, śmierdzi do teraz, mimo że sytuacja miała miejsce przeszło pół godziny temu, a mieszkanie wymarzło od otwartego okna. Takie są uroki ciężkiego, leciwego żelazka bez…opcji samoczynnego wyłączania co jakiś czas, dzięki czemu samo się chłodzi. Ale z drugiej strony, “torebkę” z Przyjaciółki ze sztucznego tworzywa prasuje się przez ściereczkę do naczyń.
Ostatnio stanowczo cofamy się w samorozwoju, bo oprócz palenia kabli i torebek, gramy w gry onlajnowe, które nie tyle, co są zjadaczem czasu, ale wjeżdżają człowiekowi na ambicję. Bo jak nie przejdę głupiej platformówki z grafiką stworzoną pod graczy przedziału wiekowego 6-12 (sześć, bo młodsze wg mnie grać nie powinny, chyba że w chińczyka z rodzicami albo w domino – hit u Mańków [brat, bratowa, bratanek i bratanica]).

Żelazko jest złe!

P.S.
Tak w zasadzie wygląda nasze żelazko, tyle że ma plastikową rączkę. :)
żelazko

Wnioski

Rozmowa z cybernetyczną mamą, która jest dwieście kilometrów ode mnie. Gadu gadu i dowiaduję się: Nadrobiłam ostatnio zaległości związane z czytaniem Twojego bloga, córeczko. Od założenia jego wydoroślałaś i stwierdzam, że za bardzo się uzewnętrzniasz, a za mało w nim wniosków.
Z reguły, kiedy piszę, chcę zwyczajnie popisać, a przy okazji opisywania minionych bądź bieżących wydarzeń, wnioskuję, ale zostawiam to dla siebie. Bo nie można dać siebie na tacy.
Ale dziś wpis specjalny (chciałam napisać specjalny wpis, tylko że to by się zrymowało).

Siedzę w kuchni z laptopem, z lewej strony kubek gorącej kawy. Wniosek: dziś piątek, można było się wyspać, bo na uczelni zajęć brak. Dopiero jutro zaczynam pisać pracę zaliczeniową z Erpfowskiej analizy mazurka Chopina op. 63 nr. 3. Więc czasu mam dziś pod dostatkiem.

Napisałam mail do M., bo okazało się, że jest chora i też nie pojawi się na DKŻ w Zielonej Górze. Wniosek: mogę odpocząć i też nie pojechać, bo pierwotnie to tam miałyśmy się spotkać. Niestety do Krakowa przez długi czas też nie pojadę. Pod koniec czerwca zaczynam sesję. Wniosek: zaczynam się porządnie uczyć.

Teraz trochę newsów z uczelni. Przeżyłam II Forum Muzykologiczne, nawet wdałam się w dyskusję z prof. Zduniak nt. Bohna [wrocławski kompozytor i krytyk muzyczny, zm. 1909], nad którym rozwodzili się referenci. Razem z doszłyśmy do wniosku, że pani profesor to skarbnica wiedzy i powinna częściej przyjeżdżać do Wrocławia. Ale jest jeszcze jedna ważna kwestia. Na Forum pojawiła się znikoma ilość studentów naszego zakładu (od października będziemy już katedrą), co mnie bardzo zdziwiło. Przecież takie eventy to doskonała okazja do poznania swojej przyszłej pracy analityka, biografa, krytyka i wykładowcy. Biorąc pod uwagę sam wykład prof. Zduniak, można było poznać Bohna jako ostrego krytyka, lubującego się jedynie w kompozytorach niemieckich, a równającego z ziemią wszystkich innych, w tym – słowiańskich. Tylko Czajkowski potrafił się jemu jawnie przeciwstawić za pomocą papieru. Wniosek: studenci sporo stracili, nie mówiąc już o genialnym koncercie, wieńczącym tegoroczne Forum. A było czego posłuchać i na czym oko zawiesić. Pieśni i Requiem Bohna w wykonaniu młodzieży i naszej zakładowej wykładowczyni, która, jak się okazało, ma niezły głos i potencjał. I dobry niemiecki akcent. Konferansjerka też była na wysokim poziomie, w wykonaniu naszej magistrantki. Wysublimowane poczucie humoru, błyskotliwość i wiedza merytoryczna godna podziwu. Rozbawiała publiczność, co nieczęsto się zdarza na tego typu imprezach.
Jeśli chodzi o moje zaliczenia, to w tygodniu czekają mnie dwa kolokwia: angielski i poprawa z łaciny. Analizę Schenkera udało nam się zaliczyć u prof. Gołąba już na drugich zajęciach. Trzeba by też zaliczyć architekturę Rzymu. Spontanicznie, ale skutecznie. Dzisiaj śniła mi się dr Banaś, która przyszła na jakąś moją domową uroczystość, chyba jakieś urodziny czy imieniny, bo przyniosła obraz. Krzyczała, że nie zaliczę. A ja zaliczę. I opowiem jej, co mi się śniło.

A co w mieszkaniu muzykolożek? Otóż zapomniałam wyłączyć żelazko i stopiłam laptopowy kabel, sobie przetapiając kabel USB do SE. Kosztowało nas to sporo nerwów, ale wszystko zakończyło się pomyślnie, wyłączając mój kabel. Ale w domu mam jeszcze jeden.
Poza tym odnoszę wrażenie, że mamy za dużo naczyń, bo ciągle coś trzeba myć. A niby cały dzień jesteśmy na uczelni. Wieczorem kanapka w powietrzu, kubek w rękę i do pokoju. Do nauki. Do łóżka.

Wiadomość dla Żółwia – muuuzyka. :) Wniosek (i buziak w nosek): jestem troskliwa.

Kocham Cię mamusiu moja. :) Jak widzisz, potrafię wnioskować i przelewać uczucia jednocześnie. Przyznaj, że po prostu o Tobie za mało pisałam. Ale jeszcze książki o sobie się doczekasz. Obiecuję!

Przedsesyjnie

Egzaminów cała masa. Od notatek biurko się ugina, a pan z budki ksero zbija fortunę. Ostatnio też dałam zarobić uniwersyteckiej bibliotece, kupując filozoficzną książkę Leszczyńskiego. Rysików w piórniku coraz mniej, na szczęście Erpfowska analiza mazurka Chopina już gotowa – mam nadzieję. To znaczy ja już skończyłam, teraz w czwartek trzeba podreptać na konsultacje w celu “profesorskiego rzucenia okiem”. Bo ja wiem? Niby wszystko mi pasuje, ale nie podobają mi się dwa akordy. A jeszcze analiza Schenkerowska została do zaliczenia. W środę, razem z . Profesor zaproponował nam g-molową symfonię Mozarta. Przyjęłyśmy. A teraz weź się człowieku męcz. Na dodatek dwa kolokwia z łaciny do poprawy, trzecie do napisania. Ała. Doszło dziś do mnie, że studia są perfidne. W pełnym tego słowa znaczeniu. Człowiek sobie uświadamia, że od dwóch tygodni zależy jego bytność na wyższej uczelni. I od humoru profesora. I od tego, czy Cię polubił. Na pierwszym roku ciężko wyczuć poczucie humoru i wymagania wykładowców, nie mówiąc o typowym przebiegu egzaminu u danej osoby. Ja dość specyficznie reaguję na stres. O ile na egzaminie z kultur muzycznych świata zostało to przyjęte pozytywnie, to na akustyce pan magister był krótko mówiąc, zdziwiony. Może mało jeszcze widział.
Został miesiąc.
Czas zabrać się do pracy. Zrobić plan działania. Ale ja chciałabym wszystko już, zaraz, na teraz. W rzeczywistości najpierw łacina, później Schenker, Erpf, plastyka i cała reszta. Dreszcze mnie przeszły, ale to chwilowe, mam nadzieję. Łudzę się. To jest jak ze świeczką. Świeczką, która stoi w przeciągu. Chyba.

Starsze wpisy »